Czesław Miłosz - VOYEUR
   Tadeusz Kubiak - PIOSENKA O NIEJ
   Janusz Mrzigod - ZWYCZAJNIE
   Maria Banus - WESELE
   Jan Brzechwa - NAJBANALNIEJSZY WIERSZ
   Wisława Szymborska - SPACER WSKRZESZONEGO
   Stanisław Grochowiak - KOLĘDA
   Adam Ważyk - WIDOKÓWKA Z MIASTA SOCJALISTYCZNEGO
   Julian Tuwim - FRYZJERZY
   Tadeusz Kubiak - POTOMNI
   Ewa Lipska - *** (dokąd doszliśmy)
   Stanisław Staszewski - KNAJPA MORDERCÓW
   Wisława Szymborska - OBÓZ GŁODOWY POD JASŁEM
   Miron Białoszewski - PO NITCE...
   Janusz Mrzigod - WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ
   Stanisław Grochowiak - ROZMOWA O POEZJI
   Tadeusz Kubiak - CHCIAŁEM OPISAĆ
   Radosław Kobierski - LATO 1982
   Norbert Kulesza - MARTA I MARIA
   Julian Tuwim - WSPOMNIENIE
   Andrzej Bursa - PANTOFELEK
   Wisława Szymborska - DWIE MAŁPY BRUEGLA
   Konstanty Ildefons Gałczyński - WRÓCI WIOSNA, BARONOWO
   Nick Cave - KRZESŁO ŁASKI
   Krzysztof Kamil Baczyński - BALLADA O TRZECH KRÓLACH
   Rainer Maria Rilke - SAMOTNOŚĆ
   Tadeusz Kubiak - PORTRET RĄK
   Janusz Mrzigod - NIEZBYT POWAŻNY WIERSZ O TYM, CO MĘŻCZYŹNIE ZDAJE SIĘ O KOBIECIE
   Zuzanna Ginczanka - BALLADA O KRYTYKACH POEZJĘ WERTUJĄCYCH
   Andrzej Waligórski - ZACHWYCENIE
   Wisława Szymborska - URODZONY
   Bolesław Leśmian - ALCABON
   Marcin Świetlicki - MARNOWANIE
   Tadeusz Kubiak - STWORZENIE ŚWIATA
   Josif Brodski - PIOSENKA
   Krzysztof Jaworski - PAMIĘCI KRZYSZTOFA JAWORSKIEGO
   Julian Tuwim - BALLADA STAROFRANCUSKA
   Wisława Szymborska - STARY ŚPIEWAK
   Lidia Zabiegałowska - NA CZTERY RĘCE
   Janusz Mrzigod - NIC NIE ROZUMIEM
   Tadeusz Kubiak - 12 MAJA W OLIWIE W DESZCZOWY DZIEŃ
   Konstanty Ildefons Gałczyński - ŚMIERĆ POETY
   Charles Simic - MADONNY Z DORYSOWANĄ SZPICBRÓDKĄ
   Miron Białoszewski - STUDIUM KLUCZA
   Leopold Staff - ABYM MÓGŁ KOCHAĆ W TOBIE RZECZY, KTÓRYCH NIE MA
   Tadeusz Kubiak - DO NIEZNAJOMEJ
   Ewa Lipska - TRĄBKI
   Julian Tuwim - SEN ZŁOTOWŁOSEJ DZIEWCZYNKI
   Czesław Miłosz - ALKOHOLIK WSTĘPUJE W BRAMĘ NIEBIOS
   Tadeusz Dąbrowski - WIARA MATEK
   Konstanty Ildefons Gałczyński - SOWA
   Leopold Staff - DESZCZ JESIENNY
   Julian Tuwim - SKANDAL
   Marek Lachowski - WIESZ
   Kazimierz Mikulski - W MIASTECZKU ANIOŁY
   Tadeusz Kubiak - EROTYK NA JUTRO
   Julian Tuwim - LIST DO KOBIETY
   Jacek Dehnel - SZCZĘŚCIE
   Marcin Świetlicki - DOMÓWIENIE
   Jacek Dehnel - WPADKA
   Anna A. Tomaszewska - CYRK
   Stanisław Barańczak - WRZESIEŃ 1967
   Paweł Pawlicki - SZTUKA
   Irving Layton - KARALUCH
   Tadeusz Kubiak - MOIMI OCZAMI
   Andrzej Waligórski - RODZINA PAJACYKÓW
   Zbigniew Herbert - STARY PROMETEUSZ
   Julian Tuwim - OSTRY EROTYK
   Anna A. Tomaszewska - DZIECKO
   Wisława Szymborska - BUFFO
   Verner von Heidenstam - ZA TYSIĄĆ LAT
   Paweł Pawlicki - MARYSIA
   Władysław Broniewski - WIERSZ OSTATNI
   Izabela Joanna Bożek - *** (łez nie osuszy)
   Stanisław Wyspiański - I CIĄGLE WIDZĘ ICH TWARZE
   Jan Kalina - *** (dobranoc mario)
   Stanisław Staszewski - A GDY BĘDĘ UMIERAŁ
   Adam Ważyk - MAŁA OBSESJA
   Anna A. Tomaszewska - KOT I POMARAŃCZE
   Jorge Louis Borges - DOOMSDAY
   Stefan Beton - POECI WYCIŚNIĘCI
   Tomasz Baran - PRĘGI
   Jacek Dehnel - PRZYJĘCIE
   Konstanty Ildefons Gałczyński - PIEŚNI (III)
   Stanisław Grochowiak - MODLITWA
   Czesław Miłosz - TO
   Agnieszka Osiecka - TYLKO ŁÓŻKO
   Wisława Szymborska - DWORZEC
   Julian Tuwim  - RZUCIŁBYM TO WSZYSTKO
   Richard Brautigan - HAVE YOU EVER FELT LIKE A WOUNDED COW
   



   Czesław Miłosz
   VOYEUR


   Byłem podglądaczem wędrownym na ziemi.
   Szumiało, mieniło się wnętrze galaktycznej bańki mydlanej.

   Jej kapelusz z kwiatami lila, nosiła majtki z koronką,
   Ucztowaliśmy z nią przy obrusie cętkowanym w słoneczne plamy.

   Albo jej na wpół gołe piersi w sukni Empire.
   Przebierałem się w kolorowy frak z orderem,
   Byle tylko móc zgadywać ich stwardniały dotyk.

   Zawsze myślałem o tym, co kobiety noszą zakryte:
   Ciemne wejście do ogrodu wiedzy
   W pianie halek, falbanek i spódnic.

   A później umierały one, ich atłasy i lustra.
   Dogaressy, księżniczki, panny służebne.
   Ściskało mnie w gardle, że takie piękne zmieniają się w truchło.

   Naprawdę nie szukałem kochania się z nimi.
   Pożądały ich moje oczy, chciwe, bardzo chciwe,
   Zaproszone na komiczne widowisko,
   W którym filozofia i gramatyka,
   Poetyka i matematyka,
   Logika i retoryka,
   Teologia i hermeneutyka,
   Oraz wszelkie nauki mędrców i proroków
   Zgromadziły się, żeby układać pieśń nad pieśniami
   O puszystym zwierzątku nie do oswojenia





   Tadeusz Kubiak
   PIOSENKA O NIEJ


   Sąsiadom rodziły się dzieci.
   Żywe gwiazdy tryskały z rany.
   Kobiety krzyczały przez łzy.
   Mężczyźni milczeli za ścianą.

   A Ona czesała włosy.

   Jaskółki lepiły gniazda.
   Poddasze pachniało ogrodem.
   Wnosili fotel jak tron.
   Zasypiał w nim senior rodu.

   A Ona czesała włosy.

   Przybijały statki do brzegu.
   Gołębice ostrzyły pazury.
   Rozstępowały się morza.
   Oddzielała już tylko skóra.

   A Ona czesała włosy.

   Kret wychodził z rozgrzanej ziemi.
   Dół kopali w rozmiękłej glinie.
   Wdowa smutek mierzyła w lustrze.
   Wdowiec album bezcześcił winem.

   A Ona czesała włosy,
   naga - jak ją bóg stworzył,
   a diabeł wodził na miłość.





   Janusz Mrzigod
   ZWYCZAJNIE


   wieczór jak zwykle
   kobieta siada przy mężczyźnie
   i odwraca jego uwagę
   od wiecznego płomienia lampy

   potem kochają się przez chwilę
   w wyobraźni
   między dwoma łykami herbaty

   potem ona zapala papierosa
   a on wstaje otwiera okno
   wspina się na parapet skacze

   za jego plecami dom
   rozpada się w płomieniach
   teraz już można
   odpiąć skrzydła





   Maria Banus
   WESELE


   W sypialni był czarny kosmiczny ziąb.

   Rozbierz się, poprosiłam go, ogrzej mnie.

   Najpierw odkręcił sobie głowę, zgrzytała jak Saturn
   wydzierający się z uchwytu swych pierścieni
   albo jak korek, co kwiczy
   w szklanym gardle butelki.
   Odkręcił sobie prawą rękę z gwintem
   jak na pocisku.
   Odkręcił lewą rękę
   jak obła metaliczna rakieta.
   Odkręcił sobie sztuczną prawą nogę
   klnąc jak szofer na przerywający silnik ciężarówki.
   Odkręcił sztuczną lewą nogę
   z jękiem żelaza o żelazo
   jak w kotłowni.

   Podczołgałam się do jego serca,
   położyłam mu głowę na piersi,
   wsłuchałam się w tętno jego serca.
   Nie zgrzytało, nie szczękało, nie miotało się
   w rytmie eksplozji:
   biło.

   Dookoła wyrosły źdźbła trawy
   i z leszczyny wyjrzał pyszczek królika,
   jakieś niebo
   z mleczną strużką chmury. I wtedy wreszcie
   zapłakałam.





   Jan Brzechwa
   NAJBANALNIEJSZY WIERSZ


   Na parapecie wsparta
   Siedzi w niebieskiej sukni,
   Nazywa się pewno - Marta
   Lub może jeszcze smutniej.

   Siedzi w otwartym oknie
   I czyta stare wiersze,
   Przebrzmiałe już bezpowrotnie
   Jak pocałunki pierwsze.

   Litery drukowane
   Przed jej oczyma skaczą,
   W jej sercu nie zakochanym
   Jesienny dzień się zaczął.

   Spogląda obojętnie
   W ulicę spowszedniałą,
   Gdzie jakaś dziewczyna skrzętnie
   Sprzedaje swoje ciało.

   Spogląda i zazdrości,
   I w dłoniach oczy chowa,
   Że nawet takiej miłości
   Los jej nie podarował.





   Wisława Szymborska
   SPACER WSKRZESZONEGO


   Pan profesor już umarł trzy razy.
   Po pierwszej śmierci kazano mu poruszać głową.
   Po drugiej śmierci kazano mu siadać.
   Po trzeciej - postawiono go nawet na nogi,
   podparto grubą zdrową nianią:
   Pójdziemy sobie teraz na mały spacerek.

   Głęboko uszkodzony po wypadku mózg
   i proszę, aż dziw bierze, ile pokonał trudności:
   Lewa prawa, jasno ciemno, drzewa trawa, boli jeść.

   Dwa plus dwa, profesorze?
   Dwa - mówi profesor.
   Jest to odpowiedź lepsza od poprzednich.

   Boli, trawa, siedzieć, ławka.
   A na końcu alei znowu ta stara jak świat,
   niejowialna, nierumiana,
   trzy razy stąd przepędzana,
   podobno niania prawdziwa.

   Pan profesor chce do niej.
   Znów się nam wyrywa.





   Stanisław Grochowiak
   KOLĘDA


   Schodzą powoli - tak złażą się, rzekłbyś -
   Jedni oliwą po białka schlapani,
   Inni z wielkimi krzywymi kciukami,
   Wszyscy dziurawi jak gruzy lub rzeźby.

   Baby... Te w ciasto spowite po łokcie;
   Wdowy... Te w pudrze jak. w śnieżnej zamieci;
   Panny... Tak chude, że świeci szkielecik;
   Płatne panienki - po trzynocnym poście.

   Ze zwierząt koza, dwa gawrony, wielbłąd
   - (Wielbłąd ze ZOO, ma przekłutą wargę),
   Szpic ustrojony w spłowiałą kokardę,
   Kruk - jak w przepaskę - owinięty w bielmo.

   Króle na końcu. Król w gazowym pysku,
   Drugi ma gipsem zlutowane szczęki,
   Trzeci jest jasny, jest nieomal piękny
   W ostrej koronie z żelaznych odprysków.

   I stoją. Patrzą. Matka między drzewa
   Rozpięta - zwisa. Stopy się kołyszą,
   Czasami kropla wstrząśnie martwą ciszą,
   Czasem mysz ćwierknie lub kamień zaśpiewa.

   A płód - jak długo może drążyć ciało?
   Jak długo gwiazda spada w naszych trzewiach?
   czasem mysz ćwierknie, czasem głaz zaśpiewa,
   A to jest wszystko, co dotąd się stało...





   Adam Ważyk
   WIDOKÓWKA Z MIASTA SOCJALISTYCZNEGO

 
   O świcie niecierpliwa,
   niesyta swego piękna,
   syczała lokomotywa
   nad dziewczyną, która uklękła.
 
   Ktoś, kto przelotnie zobaczył
   pogański profil dziewczyny,
   opacznie sobie tłumaczył,
   że modli się do maszyny.
 
   A jej tylko drgała warga,
   gdy ranną racją oliwy,
   maściła, czuła kolejarka,
   tłoki lokomotywy.





   Julian Tuwim
   FRYZJERZY
   
   Chaplinowi


   W pustej golarni siedzą fryzjerzy pod ścianami.
   Patrzą, czekają, gości nie ma, więc nudzą się.
   Sami się czeszą, sami się golą, sami, sami,
   Mówią, co wiedzą, drzemią i chrapią, i budzą się.

   Idą do okna, nic nie ma w oknie.
   Wracają do luster, w lustrach - fryzjerzy,
   Gładko uczesani, ulizani żałobnie,
   Upudrowani, piękni fryzjerzy

   Gazetę czytają, czoła trą i gwiżdżą.
   Chodzą, czekają na rzecz obcą, rzecz inną.
   A tymczasem przed lustrem kłaniają się i mizdrzą,
   Ziewają, połykają senność pustynną.

   Będzie burza, w miasteczku sino, koguty pieją.
   Fryzjerzy się boją, chodzą prędko - już grzmi,
   Fryzjerzy płaczą, fryzjerzy śpiewają, fryzjerzy szaleją,
   Zwalniają kroku i nagle chodzą a ralenti.

   Podnoszą ręce bardzo powoli, bardzo powoli,
   Kręcą głowami bardzo powoli i chodzą z łaski.
   I niemym szeptem ruszają ustami, wpatrzeni w stolik,
   W niklowy przedmiot, który ich urzekł śmiertelnym blaskiem.

   A teraz się wiją, włażą na ściany, ulewę słyszą,
   A teraz się płaszczą przed lustrem zdumionym - "patrz! tam! tam!"
   Fryzjerzy tańczą, fryzjerzy krzyczą, w powietrzu wiszą
   I aniołami fruwają w głębi lustrzanych ram.





   Tadeusz Kubiak
   POTOMNI


   Na okarynach będą grali,
   na wydłużonych czaszkach dzieci,
   na pustej kości przedramienia,
   na wysączonym z szpiku flecie.

   I gwizdać będą na źdźbłach trawy,
   dmuchać przez palce skoczne tony,
   i rzęzić będą na grzebieniach,
   wydartych z włosów nieruchomych.

   Na nagich brzuchach będą bębnić,
   na naprężonej, śliskiej skórze,
   ażeby ślepi usłyszeli,
   że warto było dla nich umrzeć.





   Ewa Lipska 
   *** 


   dokąd doszliśmy. Tu się rozwiązały
   koniec z początkiem. Przekłady Homera
   na brzegu siedząc przeglądamy teraz.
   Nikt nie przypływa teraz po nas. Puste oceany.
   Spokój gwałtowny. Może to już sierpień.
   Może strach. Rozegrany przez nas umiejętnie.
   Jest mi tak jakby już było za późno.
   Może to sierpień zawsze dojrzewa na drzewach.
   Nikt nie przypływa. Homerycki żart
   i wiatr z kamieni nam wróży jak z kart
   Nikt nie przypływa





   Stanisław Staszewski
   KNAJPA MORDERCÓW


   Nie szukaj drogi, znajdziesz ja w sercu...
   Smutna jest knajpa byłych morderców.
   Niech Cię nie trwożą, gdy do niej wkroczysz,
   Płonące w mroku morderców oczy.

   Nieważny groźny grymas na gębie,
   Mordercy mają serca gołębie.
   Band, armii, gangów i czarnych sotni,
   Wczoraj - rycerze, dziś - bezrobotni.

   Pustką i chłodem wieje po kątach,
   Stary morderca z baru szkło sprząta,
   Szafa wygrywa rzewne kawałki,
   Siedzą mordercy, łamią zapałki.

   Czasem twarz obca mignie - i znika,
   Zaraz się dźwignie ktoś od stolika,
   Wróci nazajutrz z miną nijaką,
   Bluźnie na życie, postawi flakon.

   Każdy do niego zaraz się tłoczy,
   Wkrąg nad szklankami błyskają oczy
   I zaraz każdy lepiej się czuje:
   Jeszcze morderców ktoś potrzebuje!

   Może nareszcie któregoś ranka
   Znowu się zacznie wielka kocanka
   I wrócą chwile godne zazdrości,
   Znów płacić będą za przyjemności.

   Znów w dłoni, zamiast płaskiej butelki,
   Znany kształt kolby od parabelki.
   A w końcu palca wibruje skrycie,
   Jak łaskotanie: tu śmierć, tu życie...

   Wracajcie, słodkie chwały godziny,
   Sławne gonitwy i strzelaniny.
   Tak tylko można znowu być młodym -
   Zabić - i z dumą czekać nagrody.

   W knajpie morderców gryziemy palce,
   Żądze nas dręczą i sny o walce.
   Ale któż dzisiaj mordercom ufa? -
   Więc srebrne kule śpią w czarnych lufach.

   Zmazując barwy lasom i polom
   Mknie balon nocy z knajpy gondolą.
   Kiedyś tak jasno, a dziś tak ciemno -
   Wroga nie widzę, wroga przede mną.

   Rwie łeb od tortur alkoholowych,
   Lecz wśród porcelan i rur niklowych
   Człowiek się znowu czuje półbogiem,
   Bo oto stoi twarzą w twarz z wrogiem.

   Kula jak srebrna żmija wyskoczy,
   W lustrze nad kranem zagasną oczy,
   Ciała morderców skry potu zroszą,
   Gdy milcząc ciało za drzwi wynoszą...

   Gdy bije północ!





   Wisława Szymborska
   OBÓZ GŁODOWY POD JASŁEM


   Napisz to. Napisz. Zwykłym atramentem
   na zwykłym papierze: nie dano im jeść,
   wszyscy pomarli z głodu. Wszyscy. Ilu?
   To duża łąka. Ile trawy
   przypadło na jednego? Napisz: nie wiem.
   Historia zaokrągla szkielety do zera.
   Tysiąc i jeden to wciąż jeszcze tysiąc.
   Ten jeden, jakby go wcale nie było:
   płód urojony, kołyska próżna,
   elementarz otwarty dla nikogo,
   powietrze, które śmieje się, krzyczy i rośnie,
   schody dla pustki zbiegającej do ogrodu,
   miejsce niczyje w szeregu.
   Jesteśmy na tej łące, gdzie stało się ciałem.
   A ona milczy jak kupiony świadek.

   W słońcu. Zielona. Tam opodal las
   do żucia drewna, do picia spod kory -
   porcja widoku całodzienna,
   póki się nie oślepnie. W górze ptak,
   który po ustach przesuwał się cieniem
   pożywnych skrzydeł. Otwierały się szczęki,
   uderzał ząb o ząb.
   Nocą na niebie błyskał sierp
   i żął na śnione chleby.

   Nadlatywały ręce z poczerniałych ikon,
   z pustymi kielichami w palcach.
   Na rożnie kolczastego drutu
   chwiał się człowiek.
   Śpiewano z ziemią w ustach. Śliczną pieśń
   o tym, że wojna trafia prosto w serce.
   Napisz, jaka tu cisza.
   Tak.





   Miron Białoszewski
   PO NITCE...


   Po nitce
   zaglądam w kąt
   zwinięta w kłębek
   nieskończoność

   ja palcem na nią
   ona syczy

   uciekać!
   ratunku!
   nie ma






   Janusz Mrzigod
   WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ


   to była długa podróż
   od opuszczenia dziedzicznych cmentarzysk
   przez blade wydmy
   jeden skok poprzez ocean

   lecz tak naprawdę wycieczka
   zaczęła się gdy przekraczaliśmy góry
   gdzie nasz ślepy towarzysz śmierć
   niejednemu położył dłoń trójpalczastą
   na ramieniu

   kilka razy opadły nas italskie muchy
   więc przepędzaliśmy je
   palcami spuchłymi od
   ukąszeń

   gdy na przedmieściach rzymu rozbiliśmy obóz
   na niezasłużony odpoczynek
   kapuańskie dziwki pozbawiły cnoty
   naszą czystą ideę

   pokonał nas stręczyciel mariusz
   na koniec kolumnom nóg
   przyszło miażdżyć głowy
   gladiatorów





   Stanisław Grochowiak
   ROZMOWA O POEZJI

   Od - do Lieberta...


   D z i e w c z y n a:
   Czy pan ją widzi? Czy ona się śni?
   Czy też nadbiega - nagła jak z pagórka?

   P o e t a:
   Ona wynika z brodawek ogórka...

   D z i e w c z y n a:
   Pan kpi.
   Pan ją jedwabnie - pan ją jak motyla
   Po takich złotych i okrągłych lasach...
   To jest jak z Dafnis bardzo czuła chwila...

   P o e t a:
   Owszem. Jak ostro
   Całowany tasak.

   D z i e w c z y n a:
   Rozumiem pana. Z wierzchu ta ironia,
   A spodem czułość podpełza ku sercu...

   P o e t a:
   Dlaczego z pani jest taka piwonia,
   Co chce zawzięcie być butelką perfum?...





   Tadeusz Kubiak
   CHCIAŁEM OPISAĆ


   Chciałem opisać żaglowiec
   na obraz i podobieństwo
   białoskrzydłej, kolumbowej
   Santa Marii.

   Zamknąłem oczy, jak kiedyś,
   w dzieciństwie na ławie szkolnej,
   gdy nauczyciel kazał
   opisać nam -
   las.

   A działo to się w kamiennym mieście,
   gdzie wprawdzie były skwery i parki,
   a na przedmieściach wokoło domów
   ogrody z drzewami.

   Lecz las był lasem.
   Bezsilnie gryzłem
   drewniane pióro,
   ciężkie jak ołów,
   nieskore do lotu
   w nieznany matecznik.

   Zamknąłem oczy, jak kiedyś,
   zamknąłem oczy, jak gdybym
   czekał na objawienie...

   Pod powiekami płynęły
   czarne wraki okrętów,
   stalowe trumny
   minionej wojny.





   Radosław Kobierski
   LATO 1982

   czerwiec, piąstki owoców, wielki targ
   na szosie chełmińskiej,
   umierał dziadek, skrzela dziadka poruszały się
   bezgłośnie, teraz znowu wstępował w wodę.

   i nacie pomidorów usychały, szklarnie
   z daleka wyglądające jak bakterie słoneczne.
   ptak obwieszczał godzinę jak listę rozstrzelanych.

   wszystkie zakazane miejsca nagle
   stały się takie łatwe, dostępne.
   nudą wiało od szuflad, zegarów,
   sprzedawaliśmy wszystkie rzeczy dziadka

   na targu przy chełmińskiej: skrzypce, pióro,
   ordery z wojny bolszewickiej.
   szły jak śmierć dziadka i taniej niż pomidory.
   Do swojej własności





   Norbert Kulesza
   MARTA I MARIA


   Na zapodeszwionych trotuarach
   szukam cię piętaszkowy śladzie
   W gniazdach sępów
   szukam cię odmałżowiona perło
   W nocnych barach
   szukam cię roso poranna

   W tłumie Mart
   szukam cię Mario





   Julian Tuwim
   WSPOMNIENIE


   Mimozami jesień się zaczyna
   Złotawa, krucha i miła
   To ty, to ty jesteś ta dziewczyna
   Która do mnie na ulice wychodziła
   Od twoich listów pachniało w sieni
   Gdym wracał zdyszany ze szkoły
   A po ulicach w lekkiej jesieni
   Fruwały za mną jasne anioły
   Mimozami jesień się zaczyna
   Nieśmiertelnik - żółty październik
   To ty, to ty moja jedyna
   Przychodziłaś wieczorem do cukierni
   Z przemodlenia, z przemodlenia senny
   W parku płakałem szeptanymi słowy
   Młodzik z chmurek prześwitywał jesienny
   Od mimozy złotej - majowej
   Ach czułymi, przemiłymi snami
   Zasypiałem z nim gasnącym poranku
   W snach dawnymi bawiąc się wiosnami,
   Jak tą złotą, jak tą wonną wiązanką.





   Andrzej Bursa
   PANTOFELEK

   Dzieci są milsze od dorosłych
   zwierzęta są milsze od dzieci
   mówisz że rozumiejąc w ten sposób
   musze dojść do twierdzenia
   że najmilszy jest pierwotniak pantofelek

   no to co

   milszy mi jest pantofelek
   od ciebie ty skurwysynie





   Wisława Szymborska
   DWIE MAŁPY BRUEGLA


   Tak wygląda mój wielki maturalny sen:
   siedzą w oknie dwie małpy przykute łańcuchem,
   za oknem fruwa niebo
   i kąpie się morze.

   Zdaję z historii ludzi.
   Jąkam się i brnę.

   Małpa wpatrzona we mnie, ironicznie słucha,
   druga niby to drzemie -
   a kiedy po pytaniu nastaje milczenia,
   podpowiada mi
   cichym brząkaniem łańcucha.





   Konstanty Ildefons Gałczyński
   WRÓCI WIOSNA, BARONOWO


   Mówisz, że cię miłość mierzi,
   zmierź mnie sobie, wołasz, zmierź!
   Spójrz, powiadasz, to są piersi.
   Kogóż natchnie taka pierś?

   A ja twierdzę: - Baronowo,
   wkrótce minie zima, a
   z wiosną zaczną się na nowo
   nasze słodkie TRULLA LA.

   Znowu będę twój Don Diego,
   znowu księżyc, znowu bzy,
   jak u Pawła Żeraldiego
   sitwa zmysłów: "Ja i TY".

   I nie powie stary baron
   więcej do mnie paszoł won,
   nie wypchnie na bruk z gitarą,
   bowiem w grobie leży on.

   Czarna kryje go pydżama,
   biedak gonił resztką sił,
   tak jak stał, w salonie zamarzł,
   bo lufcik otwarty był.

   Zły baronie, dobrze tak ci!
   chciałeś naszą miłość zgnieść,
   nasze słodkie koci - łapci,
   że tak powiem, naszą płeć.

   Na złość tobie wiosną Amor,
   co sekrety różne zna,
   ukołysze nas tak samo
   w tym najsłodszym TRULLA LA.

   *

   Aktualnie jeszcze zima
   (jakże nie lubimy zim!)
   nasze zmysły w karbach trzyma 
   i rozkwitnąć nie da im;

   ba, przez całą Europę,
   zimno! krzyczy dziad i wnuk.
   I zawieszam się jak sopel
   pod okapem twoich nóg.

   Lecz się nie martw, baronowo,
   już przemija zima zła,
   rozpoczniemy ach! na nowo
   nasze słodkie TRULLA LA.

   *

   Dziś widziałem, to nie farsa
   (Dosyć mamy takich fars!),
   jak jamniczek twój zamarzał,
   "ziuziu" krzyczał, łkał i marzł;

   więc go wziąłem na rączyny,
   owinąłem w ciepły puch.
   O, jamniczku mój jedyny,
   wycierpiałeś się za dwóch!

   Na pierś twoją marmurową
   chodź, jamniczku, gdy ci źle.
   A ty właśnie, baronowo,
   swym jamniczkiem zowiesz mnie.

   *

   Czemu dni wesołe nie są,
   czemu z oka płynie łza?
   Cierpliwości, baronesso,
   jeszcze miesiąc, jeszcze dwa,

   a powrócą nasze święta
   (jak najprędzej pragnąłbym),
   szał zmysłowy się rozpęta,
   huknie harfa: rym cym cym,

   i pochłonie przepych kanap
   purpurowe serca dwa.
   W górę uszy, ukochana,
   TRULLA, TRULLA, TRULLA LA.





   Nick Cave
   KRZESŁO ŁASKI
   (tłum. Aleksander i Roman Kołakowscy)


   Zaczęło się wszystko,
   Gdy z domu mnie wzięli
   I w celi śmierci zamknęli
   Więc powtórzyć wam chcę:
   Jestem prawie niewinny, nie
   Śmierć nie przeraża mnie

   Przedmioty tłem się stały
   Bezkształtem zabijały
   Podejmę ten wysiłek
   Ostatni zjem posiłek
   Przyprawia mnie o mdłości
   Mięso z dodatkiem kości
   I twarz Jezusa w zupie
   Wytrzeszcza oczy trupie

   A krzesło łaski już czeka
   I czuję jak głowa mi pęka
   I tęsknię za tą chwilą
   Gdy test na prawdę skończy się
   Za oko oko, ząb za ząb
   Nikt mi nie zajrzy w duszy głąb
   Śmierć nie przeraża mnie

   Chcę zapamiętać każdy znak
   Choć jej szczególnych znaków brak
   Bo pustka nie ma blizn i ran
   Składa się z zimnych, czarnych ścian
   Gdzie mi przenika dreszczem kark
   Dotknięcie nierealnych warg
   Dotknięcie lodowatych, zbielałych warg

   Wciąż słyszę różne historie
   O tym jak się Chrystus narodził
   W stajni, potem skonał na krzyżu,
   By zbawić biedaków i cały świat
   Ten gość z zawodu cieślą był
   Opowiadają mi jak żył i jak w kłopoty wpadł

   Gdy prawą ręką wkłuwałem Z.Ł.O.      
   W tatuaż jej siostry lewej
   Żaden z palców nie protestował
   A przynajmniej ja nic o tym nie wiem

   Gdzieś tam na niebie wysoko
   Lśni Boga tron szczerozłoty
   U stóp ma arkę przymierza
   Losem świata może kierować sam
   Na moim tronie z prądem drut
   Zamienia ciało w popiół, w brud
   Dziś Bogu szansę dam

   Na krześle łaski zasiadam
   Drut nagą głowę oplata
   Jestem jak ćma,
   Która szuka szczęścia w ogniu,
   Co w proch zmieni ją
   Gdy ciało się zaczyna tlić
   To śmierć schronieniem może być
   Perfidną z bólem grą

   Choć dłoń mordercza jest podła
   Ta druga mogła być dobra
   Obrączkę na niej nosiłem
   Narzędziem tortur ból dławiłem  
 
   A krzesło łaski już czeka
   I czuję jak głowa mi płonie
   I tęsknię za tą chwilą
   Gdy mierzenie prawdy skończy się
   Za oko oko, ząb za ząb
   Niech zamiast czasu płynie prąd
   Śmierć nie przeraża mnie

   A krzesło łaski już płonie
   I czuję jak głowa się jarzy
   I czekam wciąż z nadzieją,
   Że ważenie prawdy skończy się 
   Za oko oko, ząb za ząb
   Niech zamiast krwi popłynie prąd
   Śmierć nie przeraża mnie

   A krzesło łaski się jarzy
   I czuję jak głowa mi dymi
   I czekam niecierpliwie
   Że spojrzenia wrogie odwrócą się
   Za oko oko, to wasz błąd
   Nic mi nie udowodnił sąd
   A jednak skazał mnie

   A krzesło łaski już dymi
   I czuję jak głowa topnieje
   Przestańcie prawdą żonglować
   Niech te relacje skończą się
   Za kłamstwo kłamstwo, fakt za fakt
   Wszystko stracone już i tak
   Śmierć nie przeraża mnie

   A krzesło łaski topnieje
   A krew w tętnicach zawrzała
   Ach jak ich rozczarowałem
   Gdy w sprawiedliwość bawili się 
   Za dobro dobro, zło za zło
   Wyznałem całą prawdę mą
   Śmierć nie przeraża mnie

   A krzesło łaski już czeka
   I czuję jak głowa mi płonie
   I tęsknię za tą chwilą
   Gdy wreszcie wrabiać przestaną mnie
   Za życie życie, fakt za fakt
   Dojść już nie zdołacie, bo i jak?
   Czy kłamię wciąż czy nie...

   A krzesło łaski już czeka
   I czuję jak głowa mi pęka
   I tęsknię za tą chwilą
   Gdy skończy się na prawdę test
   Za oko oko, ząb za ząb
   Przeraża popełniony błąd
   To kłamstwo prawdą jest!





   Krzysztof Kamil Baczyński
   BALLADA O TRZECH KRÓLACH


   Tajemnicę przesypując w sobie
   jak w zamkniętej kadzi ziarno,
   jechali trzej królowie
   przez ziemię rudą i skwarną.

   Wielbłąd kołysał jak maszt,
   a piasek podobny do wody;
   i myślał król: "Jestem młody,
   a nie minął mnie wielki czas.
   I zobaczę w purpurze rubinów
   ogień, siły magiczny blask;
   może stanę się mocniejszy od czynów
   przez ten jeden, jedyny raz".

   Tygrys prężył siłę jak wąż,
   mięśnie w puchu grały jak harfa.
   Na tygrysie jechał drugi mąż,
   siwą grzywę w zamyśleniu szarpał.

   "Teraz - myślał - po latach tylu,
   gdy zobaczę, jak płomienie cudu drżą,
   moje czary skarbów mi uchylą,
   moje wróżby nabiegną krwią.

   Ziemia pełna jak złoty orzech,
   pęknie na niej skorupy głaz,
   usta jaskiń diamentowych otworzy
   przez ten jeden, jedyny raz."

   Trzeci król na rybie
   wielkiej jak wyspa jechał
   przez stepy podobne szybie
   błękitnej pod wiatru miechem.

   Nucił: "Po latach stu
   kwiat początku i końca ogień
   w jedno koło związanych nut
   gdy zobaczę, sam się stanę Bogiem.

   W suche liście moich ciemnych ksiąg
   spłynie mądrość odwiecznych gwiazd
   i osiądzie w misie moich rąk
   przez ten jeden, jedyny raz".

   A w pałacach na lądach zielonych,
   co jak sukno wzburzonej fali,
   mieli króle trzej błękitne dzwony,
   w których serca swe na co dzień chowali.

   A tak śpiesznie biegli, że w pośpiechu
   wzięli tylko myśli pełne grzechu.

   Więc uklękli trzej królowie zadziwieni,
   jak trzy słupy złocistego pyłu,
   nie widząc, że się serca trzy po ziemi
   wlokły z nimi jak psy smutne z tyłu.

   I spojrzeli nagle wszyscy trzej,
   gdzie dzieciątko jak kropla światła,
   i ujrzeli, jak w pękniętych zwierciadłach,
   w sobie - czarny, huczący lej.

   I poczuli nagle serca trzy,
   co jak pięści stężały od żalu.

   Więc już w wielkim pokoju wracali,
   kołysani przez zwierzęta jak przez sny.

   Wielbłąd z wolna huśtał jak maszt,
   tygrys cicho jak morze mruczał,
   ryba smugą powietrza szła.

   I płynęło, i szumiało w nich jak ruczaj.
   Powracali, pośpieszali z wysokości
   trzej królowie nauczeni miłości.





   Rainer Maria Rilke
   SAMOTNOŚĆ

   Samotność jest jak deszcz z morza w przestworze
   wznosi się ku wieczorom nad równin bezdroże,
   płynie ku niebu i o każdej porze
   niebo ją w sobie odwiecznie posiada
   dopiero później stąd na miasto spada.

   Pada w godzinach dwuznacznych nad ranem
   gdy wchodzi w świt ulica za ulicą
   gdy ciała co się nie znalazły w sobie,
   stronią odległe i rozczarowane
   i kiedy ludzie co się nienawidzą muszą ze sobą spać we wspólnym łożu.

   Wtedy samotność płynie z rzekami ku morzu.





   Tadeusz Kubiak
   PORTRET RĄK


   Wyszedł z szczeliny światła. Siadł przy stole.
   Położył ręce na stół. Przymknął oczy.

   Nie, nie będziemy rzeźbili tych dłoni.
   Zrobiły to już dwie wojny światowe
   i niezliczone ilości pór roku.

   Dziesięciu palcom nic ująć, nic dodać.
   Takie być muszą - w tym, co utraciły,
   w tym, że niczego się nie spodziewają,
   nic nie odmienią.

   Pełne są?
   puste?
   - leżące na stole
   dłonie śpiącego.

   Gniazda jaskółek ścierniałą jesienią.





   Janusz Mrzigod
   NIEZBYT POWAŻNY WIERSZ O TYM,
   CO MĘŻCZYŹNIE ZDAJE SIĘ O KOBIECIE

   Gosi i Tadkowi


   I .  Kiedy dziewczyna przychodzi na świat,
        w niebie mężczyzn odbywa się święto.
        Oto zbliża się nowe zmartwychwstanie,
        powrót do nienarodzonego łona,
        skąd wszyscy zostaną wypchnięci na świat,
        jak w przepaść

   II.  Kiedy dziewczyna przemienia się w kobietę,
        pisze podanie do chłopca przemieniającego się
        w mężczyznę. On najczęściej rzuca je w kąt,
        nie widzi przezroczystych liter,
        spoglądających z jej oczu,
        pisanych ciałem w powietrzu.
        W końcu zmiętą kartkę podnosi i rozpatruje
        jakiś starzec

   III. Kiedy kobieta zmienia się w staruszkę
        wszyscy mężczyźni umierają.
        Idą do samotnego nieba mężczyzn jak donikąd.
        Kiedy staruszka umiera,
        śmierć zakrywa oczy, zapalając na bezdrożach
        nową gwiazdę





   Zuzanna Ginczanka
   BALLADA O KRYTYKACH POEZJĘ WERTUJĄCYCH


   Przyszedł krytyk i rzekł: "Podejrzane -
   za tym rymem, proszę panów, za tym rymem
   coś wyraźnie zalatuje Leśmianem,
   a ponadto, powiedziałbym, Tuwimem."

   Przyszedł drugi i trzeci, i czwarty,
   i zaczęli węszyć nosem i wyliczać -
   z awangardy, proszę panów, z awangardy
   w pierwszym rzędzie wymienili Czechowicza.

   Wytoczywszy wszystkie swoje na to racje,
   noc śródmiejską przy kieliszku poszli zbadać -
   takie właśnie, a nie inne dekoracje
   przewiduje o północy ta ballada.

   Siedli w knajpie, gdzieś pod oknem i księżycem,
   i po każdym wypalonym papierosie
   podejrzliwie wyglądali na ulicę
   i węszyli księżycowe pismo nosem.

   A że była właśnie wiosna, z chytrą miną
   nagle stwierdza imć pan Kalikst Kolasiński,
   że ta wiosna, proszę panów, i to wino
   najwyraźniej zalatuje mu Wierzyńskim.

   Na to stwierdził imć pan Filip Filipowski,
   że te gwiazdki i ten księżyc tam na boku
   są pod wpływem niewątpliwie Pawlikowskiej,
   co od dawna należało mieć na oku.

   Słysząc wszystkie te i inne rewelacje,
   gniewny diabeł wysiadł z trzaskiem z swej karocy
   - takie właśnie, a nie inne dekoracje
   przewiduje ta ballada o północy. -

   i dosypał do kieliszków szczyptę cjanu,
   jadowicie mędrkującą brać ugościł -
   nic dziwnego w tym nie widzę, proszę panów,
   są granice nawet diablej cierpliwości.

   I męczyli się krytycy ciemną nocą,
   a męczyli się z powyższych oto przyczyn:
   nie wiedzieli, co ze śmiercią swoją począć
   i do rzędu jakich śmierci ją zaliczyć -

   aż pomarli, odetchnąwszy nieco raźniej,
   gdy nad rankiem ktoś bystrzejszy z nich wyszeptał:
   "Nasza śmierć jest zerżnieta naj-wy-raź-niej
   z motywów
   Bertolta
   Brechta."





   Andrzej Waligórski
   ZACHWYCENIE

   Gdy czasem młoda polonistka,
   Taka naiwna, piękna taka,
   Egzaltowana, świeża, czysta
   Że chciałoby się siąść i płakać -
   Więc gdy ta polonistka właśnie
   Dublując młodopolskie pozy
   Wybiegnie o porannym czasie
   Boso, na łąkę między brzozy,
   Poigra z pliszką i skowronkiem
   Albo z pudliszką i z biedronką,
   Przywita ze wschodzącym słonkiem
   Wołając: - Witaj jasne słonko!
   Z róż i powojów splecie wieńce,
   Pomacha ręką do motyla,
   Kraśnym obleje się rumieńcem
   Widząc jak pszczółka kwiat zapyla,
   Coś z pani Santor zanuci,
   Wyrecytuje coś z Asnyka,
   A potem bardzo się zasmuci,
   Że brzydki bocian żabkę łyka,
   I chcąc przykucnąć nad jej trupem,
   Któremu bocian już łeb urwał,
   Wlezie tą bosą nogą w kupę
   I wyda okrzyk: - Ożesz kurwa!
   To, jeśli byłbym na tej łące
   Naocznym świadkiem tego zgrzytu,
   Jak jestem facet niepijący -
   Pół litra wychlałbym z zachwytu!





   Wisława Szymborska
   URODZONY


   Więc to jest jego matka.
   Ta mała kobieta.
   Szarooka sprawczyni.

   Łódka, w której przed laty
   przypłynął do brzegu.

   To z niej się wydobywał
   na świat,
   na niewieczność.

   Rodzicielka mężczyzny,
   z którym skaczę przez ogień.

   Więc to ona, ta jedyna,
   co go sobie nie wybrała
   gotowego, zupełnego.

   Sama go pochwyciła
   w znajomą mi skórę,
   przywiązała do kości
   ukrytych przede mną.

   Sama mu wypatrzyła
   jego szare oczy,
   jakimi spojrzał na mnie.

   Więc to ona, alfa jego.
   Dlaczego mi ją pokazał.

   Urodzony.
   Więc jednak i on urodzony.
   Urodzony jak wszyscy.
   Jak ja, która umrę.

   Syn prawdziwej kobiety.
   Przybysz z głębin ciała.
   Wędrowiec do omegi.

   Narażony
   na nieobecność swoją
   zewsząd,
   w każdej chwili.

   A jego głowa
   to jest głowa w mur
   ustępliwy do czasu.

   A jego ruchy
   to są uchylenia
   od powszechnego wyroku.

   Zrozumiałam,
   że uszedł już połowę drogi.

   Ale mi tego nie powiedział,
   nie.

   - To moja matka -
   powiedział tylko.





   Bolesław Leśmian
   ALCABON


   Był na świecie Alcabon. Był, na pewno był!
   O brzóz przyszłość wiódł z mgłami walki nieustanne.
   Próżnię życia na karku dźwigał z całych sił!
              "Tere - fere!" - tak śpiewał,
               Gdy się śmierci spodziewał,
   Aż pokochał osiadłą na strychu Kuriannę.

   Dur go pchał wzwyż po schodach. Dur, na pewno dur!
   We łbie miał złote mroczki i srebrne zamiecie,
   Gdy wspinając się ku niej, dawał baczny zór
             Na czar, co się po cichu
             Tak utrwalał na strychu,
   Jakby miejsca zabrakło gdzie indziej na świecie.

   W drzwi uderzył oburącz. W drzwi, na pewno w drzwi!
   Ktokolwiek w drzwi kołacze - niech wejdzie i kocha!
   Kurianna, jak Kurianna... Śni raczej, niż drwi...
           Na barłogu - od środka
           Patrzy duża i słodka -
   Lgnie do niej ufna ciału koszula - ciasnocha.

   Znój mu wargi przynaglił! Znój, na pewno znój!
   Szedł do niej po ciemnościach, jak wicher po łanie!
   Kto ma oczy - niech widzi! Był ich cały trój:
          On i barłóg, i ona,
          I wyrychlił ramiona,
   By ją porwać na trwałe wbrew światu kochanie!

   Biel jej ciała przywłaszczał. Biel, na pewno biel!
   A chłonęła go w siebie ciszkiem, jak mogiła,
   Poznał, czym jest czar nocy, szept i chętna ściel,
          I tak skochał dziewczynę,
          Że wołała w mrok: "Ginę!" -
   Bo się pierwszej miłości niechcący broniła.

   Gil jej w uszach zadzwonił. Gil, na pewno gil!
   Tak tętniła krwią śpiewną, tak drżała w głąb chcenia...
   Zdzierż szczęście!... Nie zdzierżyła!... Ledwo kilka chwil!...
         Nienawykła do czaru,
         Zmarła z westchnień nadmiaru,
   Umierając, nie miała nic do powiedzenia!

   Strych zawinił wszystkiemu! Strych, na pewno strych!
   Z jego wyżyn dał w nicość nura bezpowrotnie -
   Zaśmiał się w samo niebo, a przy ziemi ścichł,
         Pilnej śmierci cios tępy
         Duszę rozpruł na strzępy,
   Aż się z niej wysypały skarby dożywotnie!

   Piach się z duszy wysypał! Piach, na pewno piach!
   Ten, co w podróż się złoci do zorzy, gdy kona -
   Bochen chleba w gwiazd wieńcu - skrót pałacu w mgłach -
        Rzęsa Boża - dwie pszczoły -
        I trzy z wosku anioły.
   Czego tylko nie było w duszy Alcabona!





   Marcin Świetlicki
   MARNOWANIE


   Rozpierdoliłaś mi wakacje.
   Na stacji stoję sam.
   Rozpierdoliłaś mi wakacje.
   Na stacji stoję sam.
   Być może miałaś jakieś racje.
   Lecz cała miłość na marne.
   Miłość na marne.

   Kiedy pociąg wjeżdża na stację,
   pracownik kolejnictwa mi w oczy patrzy.
   Ma wyraz oczu taki jak ty.
   Lecz ty rozpierdoliłaś mi wakacje.
   Cała miłość na marne.
   Na marne.

   Jest tylko jedno światło dla mnie.
   Światło jest czerwone.
   Rozpierdoliłaś mi wakacje.
   Odjeżdżam w swoją stronę.
   I zanim znów się łudzić zacznę
   wiem: cała miłość na marne.
   Na marne





   Tadeusz Kubiak
   STWORZENIE ŚWIATA


   Według Jego Świątobliwości
   arcybiskupa Ushera z Irlandii
   z roku 1654,
   23 października
   cztery tysiące cztery lata
   przed narodzeniem Chrystusa
   o godzinie dziewiątej rano -
   myśl zmieniła się w rzecz,
   oddzieliło się światło od mroku,
   wody ziemi od dżdżu i obłoków,
   czyli Bóg stworzył Świat.

   21 grudnia 1971 lat
   po narodzeniu Chrystusa,
   schylony nad kalendarzem,
   pod świecą staroświecką,
   jeszcze nie starzec,
   ale już dawno umarłe dziecko -
   dnia nie znajduję jednego, nad którym
   nie zamykałyby się ciężkie chmury,
   nie powiewały nad otwarte groby
   czarne chorągwie bezsilnej żałoby,
   czyli codziennie umierał Świat.

   Tak umarł świat mego dziada,
   męża o wąsach jak białe kruki,
   tak umarł Świat mojej babki,
   zdobnej w cygańskie kolczyki,
   tak umarł Świat mego ojca,
   śmiercią przeczutą w obozie, w Nadrenii,
   tak umarł Świat mojej matki,
   wdziewającej szatę do szpitala,
   Świat mego pierworodnego,
   ledwo obeschły z połogu i łez.

   A ile mógłbym jeszcze,
   nie zdmuchując świec,
   przy których rozmyślam,
   wyliczyć zgonów Świata
   bliższych i dalszych krewnych,
   moich przyjaciół i wrogów,
   polityków, sędziów i skazańców,
   znajomych i nieznajomych,
   kobiet, mężczyzn i dzieci,
   na ziemi i na wodzie,
   w łóżkach i w okopach,
   pod kołami pojazdów
   i w objęciach kochanek.

   21 grudnia 1971 lat
   po narodzeniu Chrystusa
   o godzinie 7,46,
   czyli o wschodzie słońca,
   zgodnie z komunikatem radiowym,
   rzecz oddziela się od myśli,
   ciałem staje się słowo.

   Zaprawdę wiem, że Świat
   codziennie się stwarza na nowo.





   Josif Brodski
   PIOSENKA

   Szkoda, że cię tu nie ma,
   szkoda, kochanie.
   Siedziałabyś na sofie,
   ja - na dywanie.
   Chustka byłaby twoja,
   moja - kapiąca łza.
   Albo może na odwrót:
   płacz ty - pociecha - ja.

   Szkoda, że cię tu nie ma,
   szkoda, kochanie.
   Prowadząc wóz, dłoń kładłbym
   na twym kolanie,
   udając, że je mylę
   z dźwignią, gdy zmieniam bieg.
   Wabiłby nas nieznany
   lub właśnie znany brzeg.

   Szkoda, że cię tu nie ma,
   szkoda, kochanie.
   Srebrny księżyc na czarnym
   nieba ekranie
   na przekór astronomom
   oddawałbym co noc
   na żeton na automat,
   by usłyszeć twój głos.

   Szkoda, że cię tu nie ma,
   na tej półkuli -
   myślę, siedząc na ganku w letniej koszuli
   i z puszką "Heinekena".
   Zmierzch. Krzyk mew. Liści szmer.
   Co za zysk z zapomnienia,
   jeśli tuż po nim - śmierć?



 

   Krzysztof Jaworski
   PAMIĘCI KRZYSZTOFA JAWORSKIEGO


   Nie, nie umarł Krzysztof Jaworski, żyje. Jest
   ciałem w martwej przestrzeni, które porusza się z umiarkowaną
   prędkością, rozstawiając stopy na odległość około 80 cm,
   macha rękami, zwykle lekko przygarbiony, z oczami węszącymi
   po ziemi, chodzi, znajdując tym sposobem drobne przedmioty:
   żetony telefoniczne, banknoty stuzłotowe, stare żyletki.
  
   Krzysztof Jaworski, zatarty napis na karcie choroby.
   Dwudziestego któregoś miało mu się odmienić (dziesiątego?)
   życie, jednak jak dotąd nie zanotowano poprawy. W związku
   z tym krótkotrwały pobyt w miejscu dla Krzysztofów
   Jaworskich. Żadnych szczegółów intymnych, jedynie
   powierzchowna dokumentacja sporządzona w pośpiechu przez
  
   niekompetentnych biografów. Krzysztof Jaworski, rozpadający
   się przedmiot w zbutwiałym pomieszczeniu. Chłód wyciąga
   szyję, światło paraliżuje. Powiadają, że śnią mu się
   pustynie pełne zasadzonych dowodów osobistych, na niebo
   wschodzi jego zdjęcie z dowodu osobistego i zaraz zachodzi;
   w ręku trzyma atlas świata dla szkół podstawowych, Krzysztof
  
   Jaworski - osobny rozdział w geografii ludzkości.
   Krzysztof Jaworski, ziemia, woda, powietrze i chorobliwe
   niezadowolenie. Fikcyjne imię i fikcyjne nazwisko z księgi
   zagubionych imion i nazwisk. Kurz lgnie do bezbronnych
   przedmiotów, dookoła mówią o wojnie lub "Zróbmy coś w imię
   pokoju". W imię pokoju Krzysztof Jaworski wypija jedno,
  
   dwa piwa, wyłącza telewizor, nie wymienia baterii w zegarku.
   Otacza się przedmiotami i to nie jest dobrze. Sądzi,
   iż każdy powinien oddać coś w imię pokoju i żyć
   w samotności na chwałę wszechświatowej rewolucji ducha
   - Krzysztof Jaworski, dwa zdania w barze "Oaza"
   na temat upadku współczesnej poezji. Poza tym ma jeszcze
  
   kilka sprecyzowanych poglądów na różne okazje.
   Tak naprawdę nikt nie czeka na jego telefon.
   Krzysztof Jaworski nie jest aniołem. Gdyby był aniołem,
   byłby pierwszym na świecie aniołem o twarzy wieśniaka.
   Tak przynajmniej twierdzi jego żona, kiedy opowiada o tym,
   co mówią o Jaworskim jej koleżanki. Niestety, Jaworski nie
  
   jest aniołem, na przykład wrzuca pietruszkę do zlewu.
   Zdaniem pewnego fryzjera z rodziny Jaworskiego, Jaworski
   jest pochodzenia żydowskiego, bezustannie dybie na kościół
   katolicki i katolickich księży, tak przynajmniej fryzjer
   przeczytał w gazecie dla fryzjerów. Zdaniem pewnego,
   nie znanego Jaworskiemu, psychologa, Jaworski ma
  
   nie zrealizowane i głęboko ukryte marzenia seksualne. Zdaniem
   osób, które stykają się z Jaworskim na co dzień, nie jest
   on zupełnie normalny. Zdaniem większości jest zboczony.
   Zdaniem mniejszości jest pospolitym niemotą. Oto
   co zwykle mówi o Jaworskim jego żona: "Kawał skurwysyna,
   nietolerancyjny, pozbawiony wszelkich uczuć, oprócz
  
   nienawiści". Chyba go nie lubi. I komu tu wierzyć?
   Sam Jaworski twierdzi, że jest fryzjerem, pisze nawet książki
   o fryzjerach pod tytułem "Dzieło i śmierć geniusza",
   poważnie. Czasem wyrywają go do odpowiedzi: "Jaworski,
   co wiecie o wieczności?" A on nic nie wie o wieczności,
   a tylko dowiaduje się z dobrze poinformowanego źródła,
  
   jak trudno się oprzeć młodym lesbijkom. (Później zastanawia
   się jak to jest ze starymi?) No, no, kiwa Jaworski głową
   ze zdumienia, marnotrawiąc swój umysł na prawdy
   doczesne. Wolność, równość, braterstwo i Krzysztof Jaworski,
   Quasimodo klasy robotniczej. Kiedy wybuchła wojna miał minus
   dwadzieścia siedem lat i nie mógł wsławić się chwalebną
  
   śmiercią w walce z okupantem, będzie go to prześladować.
   Pozwala sobie na żarty, za które powinno się palić,
   ten Krzysztof Jaworski, brakujące ogniwo w nie wymyślonej
   przez nikogo teorii. Krzysztof Jaworski, dwadzieścia cztery
   puste butelki po piwie, alkoholizm odziedziczył w genach
   (a może panteizm?). Kto z was go widział, niech podniesie
  
   rękę. Radzono mu, żeby się powiesił albo zastrzelił, a on nie
   wie gdzie leży Poznań albo Bydgoszcz. Lubi za to słuchać
   opowieści o dwustu bezużytecznych wiadrach. Czy kogoś takiego
   można traktować poważnie? Zaburzona symetria, człowiek o
   czterech adresach, wbity w życie jak w przyciasny garnitur.
   Ze wzruszenia chce mu się rzygać, a od wódki płakać. Mówiłem,
  
   że to nie jest normalne. Głośno, wyraźnie: niebo poruszyć
   wargami, ziemia jeży sierść, łamią się przeguby
   dni. Jak zaraza, na którą znajdzie się lekarstwo. Drzewa
   unoszą skrzydła. Mówi, że jest drzewem i skrzydłami i tańczy
   w płomieniach. Tak mówi:
   Tańczę w płomieniach. Głośno, wyraźnie.





   Julian Tuwim
   BALLADA STAROFRANCUSKA

   1
   Żył raz
   Elon lanler liron
   Elon lanla bibon bonbon
   Ebon lilon lanler
   Żył raz
   Liron elon lanler
   Lalon lila bibon bonber
   Żył raz na świecie
   Lanlanler
   Zegarmistrz Jean Fracasse,
   Elon lanler
   Bibon banber
   Zegarmistrz Jean Fracasse.

   2
   A był
   Elon lanler liron
   Elon lanla bibon bonbon
   Elon lilon lanler
   A był
   Liron elon lanler
   Lalon lila bibon bonber
   A był chłop dzielny
   Lanlanler
   I bardzo dużo pił
   Elon lanler
   Bibon banber
   I bardzo dużo pił.

   3
   Raz wszedł 
   Elon lanler liron 
   Elon lanla bibon bonbon 
   Elon lilon lanler 
   Raz wszedł 
   Liron elon lanler 
   Lalon lila bibon bonber 
   Raz wszedł do szynku 
   Lanlanler 
   I urżnął się tam wnet.

   4
   I już
   Elon lanler liron
   Elon lanla bibon bonbon
   Ebon lilon lanler
   I już
   Liron elon lanler
   Lalon lila bibon bonber
   I już po wszystkim
   Lanlanler
   I koniec - bo i cóż?
   Elon lanler
   Bibon banber 
   I koniec - bo i cóż?





   Wisława Szymborska
   STARY ŚPIEWAK


   "On dzisiaj śpiewa tak: trala tra la.
   A ja śpiewałem tak: trala tra la.
   Słyszy pani różnicę?
   I zamiast stanąć tu, on staje tu
   i patrzy tam, nie tam,
   choć stamtąd, a nie stamtąd
   wbiegała, nie jak teraz pampa rampa pam,
   ale całkiem po prostu pampa rampa pam,
   niezapomniana Tschubeck-Bombonieri,
   tylko że
   kto ją pamięta -"





   Lidia Zabiegałowska
   NA CZTERY RĘCE


   Ona słodka jak szarlotka
   On majonez z ambasady

   konflikt międzynarodowy
   Ona brzózka lecz francuska

   On ma same wady
   akcent ichtiolowy

   i nie zna zasad roszady
   więc prowadzi z nim rozmowy

   dwie kawy pod parasolem
   kawiarnia paryski fiolet

   za cztery odnowy
   wielki bal maskowy

   Ona pisze listy
   teraz on jest mistyk

   deszcz pada wytwornie
   Ona stoi w oknie

   za szybą różowy czas płynie
   On karetę zmienia w dynię

   na jabłonce złote jabłka
   zamek się pod ziemię zapadł

   mak z popiołem leżą kołem
   czy to romans był czy napad?





   Janusz Mrzigod
   NIC NIE ROZUMIEM


   1. czas jest złudą
   to tylko człowiek nie potrafi się zatrzymać
   brodząc pod prąd nieruchomej rzeki
   gdy brzegi mkną w ciemność

   2. dni wczorajsze
   zalegają półki naszych wspomnień
   jak groźne cienie
   każdy ma taki dzień
   prywatny przerażacz
   którego nie sposób kartkować bez strachu

   3. moje życie jak pusty pokój
   meble wyniesiono przed południem
   entropia zasłała podłogę
   warstewką kurzu
   a na jedynym oknie ktoś
   napisał szminką trzy słowa





   Tadeusz Kubiak
   12 MAJA W OLIWIE
   W DESZCZOWY DZIEŃ


   Widziałem. W głębi nawy
   biskup z twarzą jak heban.
   Czarny Pan Bóg go przywiódł
   do oliwskiej katedry.
   Mój biały Pan Bóg moknie
   na deszczu. Jego czarny
   płonie w słońcu. Dwóm Bogom
   grzmią oliwskie organy
   psalmem wysokim, srebrnym.





   Konstanty Ildefons Gałczyński
   ŚMIERĆ POETY


   Nie pomogły zastrzyki, 
   Recenzje i pomniki,
   Ni kwaśne mleko.
   Przyszedł szarlatan - szuja,
   Obejrzał go, pobujał:
   "Dementia praecox".

   Toż radość była w domu!
   Nareszcie koniec sromu,
   Skończony kłopot!
   Dozorca śmiał się setnie:
   "Zaraz mu nitkę przetnie 
   Panna Atropos".

   Żona klaskała w dłonie:
   "Ach, przecie nadszedł koniec
   Pijackich orgii!
   Bólów miałam niemało,
   Nareszcie twoje ciało 
   Wezmą do morgi".

   Wszyscy stanęli kołem
   Z czołem bardzo wesołem,
   Prasa, kuzyni,
   I szacowne to grono
   Orzekło unisono:
   "Dobrze tak świni!

   Po co dziewki uwodził,
   Nocą domy nachodził,
   Sen rwąc dzieciątek?
   I po co Pod Zegarem
   Lał w brzucho wino stare,
   Świątek i piątek?

   Zna go dobrze Warszawa:
   Pożyczał - nie oddawał,
   Nasienie drańskie;
   A "poetyczne dale"
   To były te skandale
   w Małej Ziemiańskiej.

   Dobrze ci, stary draniu,
   Za grzechy nad otchłanią
   Inferna zwisasz.
   Najprzód gwiazdy i róże,
   Potem - stołek w cenzurze -
   - sprzedajny pisarz!"

   Tak to nadobne grono
   Radziło unisono
   W śmiertelnej sali.
   A, że lico miał bladsze,
   Orzekli: "Pewnie nadszedł 
   koniec kanalii".

   Zapachniały zefiry,
   Brzękły potrójne liry,
   Pierzchnęła tłuszcza.
   Serce alkoholowe
   Unieśli aniołowie 
   na złotych bluszczach. 





   Charles Simic
   MADONNY Z DORYSOWANĄ SZPICBRÓDKĄ
   (tłum. Stanisław Barańczak)


   Leciwa Metafizyka, biedne stworzenie,
   Cała wystrojona w sztuczną biżuterię.
   Spacerowaliśmy pod ramię, migdaląc się na oczach ludzi
   Mimo różnicy wieku.

   Jest wciąż dziewiętnaste stulecie, szeptała.
   Byliśmy w nożowniczej dzielnicy
   Wśród walących się reliktów Rewolucji Przemysłowej.
   Zaledwie parę kroków dalej - zapewniała mnie -
   Na tyłach jej tylko znanego sklepiku ze słodyczami
   Klienci zaczytywali się "Fenomenologią Ducha".

   Dawno minęła północ, gołąbku, aniele!
   Lepiej nie ryzykujmy zanadto, myślałem.
   Na rogach ulic pełno było chuliganów
   W skórzanych kurtkach z krzyżami i żelaznymi ćwiekami.
   Wyglądali, jakby znali pisma Darwina i tego wariata Pawłowa
   I mieli zamiar za chwilę poprosić nas o zapałki.





   Miron Białoszewski
   STUDIUM KLUCZA


   Klucz
   ma
   zapach wody gwoździowej
   smak elektryczności
   a jako owoc
      to on cierpki
      niedojrzały
      będący cały w sobie
      pestką.





   Leopold Staff
   ABYM MÓGŁ KOCHAĆ W TOBIE RZECZY, KTÓRYCH NIE MA


   Tyran zimowej włości, widzę lód i śnieg,
   Bezbrzesz nudy i ciebie, blada miłośnico,
   Która ogniem w szał smagasz mojej krwi obiegi,
   A masz duszę psa niską i serce próchnicą.

   O, móc cię kochać, chociaż podłością twa miłość!...
   Rzekł mi gwiaździarz: "Jeżeli w noc bezksiężycową
   Wymordujesz sto grodów, poznasz snów opiłość,
   Ujrzysz to czego nie ma... Raz!... nigdy na nowo..."

   Marna chwila... nadejdzie - minie - już się stało
   I nie będzie już więcej... Raz pierwszy - ostatni!
   O, czemuż słońce jedno jest, śmierci tak mało!
   Jedna śmierć twa nie wydrze z nudy i żądz matni...
   Wczoraj, nudą trawiony, rękami obiema
   Siałem łaskę na grody... Wodzu! Wojska prowadź!
   Bym mógł w tej dziewce kochać rzeczy, których nie ma
   Daję-ć pierścień... Sto miast mi dzisiaj wymordować!





   Tadeusz Kubiak
   DO NIEZNAJOMEJ


   Wieziesz w sobie narodziny
   przez kraj winnic,
   jak z obrazów Rafaela,
   zdrowaś, jasna -

   Między tłumem łaskiś pełna,
   słońce z tobą.
   Błogosławiony śpiewny owoc
   twego gniazda.





   Ewa Lipska
   TRĄBKI

 
   Nie możemy się zobaczyć. 
   Trąbki kwitną na akacji. 
   Nie możemy się zobaczyć. 
   A ty szpiegów masz na sobie. 
   Ty na ziemi a ja w grobie. 
   Do wyboru dekoracje.

   Nie możemy się zobaczyć. 
   A na sznurku schną pieluchy. 
   Pewno ci się wiersz narodził. 
   Na początku ślepy. Głuchy. 
   Pewnie teraz go rozwieszasz 
   na tym sznurku aby urósł 
   aby zmężniał jak huragan. 

   Ale nam już nie pomoże 
   ani matka Gilgamesza 
   ani w rękach ostry rożen 
   by nim przebić przeznaczenie. 
   Ani wieczorowa suknia 
   z kwiatu berberysu tkana. 
   Ani śniegu biała piana. 
   Ani pomyśl który tobie 
   przyszedł na myśl dzisiaj z rana. 

   Nie możemy się zobaczyć. 
   Trąbki kwitną na akacji. 

   Nie możemy się zobaczyć.





   Julian Tuwim
   SEN ZŁOTOWŁOSEJ DZIEWCZYNKI

   Jarosławowi Iwaszkiewiczowi


   1
   Pani pachnie jak tuberozy.
   To nastraja i to podnieca.
   A ja lubię tuman narkozy,
   A najbardziej - gdy jest kobieca.

   Mówię ładnie? I melodyjnie?
   Zdania perlę jak z pereł kolię?
   Pani patrzy - melancholijnie...
   Skąd ma pani tę melancholię?

   Sen? Doprawdy? Jak dymu kółka?
   Sen zmysłowy bladej dziewczynki?
   Hebanowa lśniąca szkatułka:
   Pomarańcze i mandarynki.

   2
   Pani usta wtula w swe futro...
   Pewno... miękkie jest to futerko...
   Przeczulenie? Cóż będzie jutro?
   Ach, cóż powie srebrne lusterko?

   Podkrążone po balu oczy
   I matowość pachnącej twarzy,
   I sen zwiewny panią omroczy,
   I o wczoraj pani zamarzy.

   Pani pyta, czy walca tańczę?
   Ach, zatańczę... jak sen dziewczynki!
   Mandarynki i pomarańcze,
   Pomarańcze i mandarynki.

   3
   O, dziewczynko! O, złotowłosa!
   O, zmysłowa dziewczynko blada!
   Sen się iskrzy, jak z papierosa
   Dym, gdy w słońca złocistość wpada.

   A tymczasem - po pustej sali
   Pierrot szuka zgubionej róży,
   Z Leonelią tańczy Allali,
   Leonelia oczęta mruży.

   Gdy się bajka roztopi w mroku,
   Przyjdą cudne, smutne dziewczynki;
   Na obciętym położą loku
   Pomarańcze i mandarynki.





   Czesław Miłosz
   ALKOHOLIK WSTĘPUJE W BRAMĘ NIEBIOS


   Jaki będę, Ty wiedziałeś od początku.
   I od początku każdego żywego stworzenia.

   To musi być okropne, mieć taką świadomość,
   w której są równoczesne
   jest, będzie i było.

   Żyć zaczynałem ufny i szczęśliwy,
   pewny, że dla mnie co dzień wschodzi słońce,
   i dla mnie otwierają się poranne kwiaty.
   Od rana do wieczora biegałem w zaczarowanym ogrodzie.

   Nic a nic nie wiedząc, że Ty z Księgi Genów
   wybierasz mnie na nowy eksperyment,
   jakbyś nie dosyć miał na to dowodów,
   że tak zwana wolna wola
   nic nie poradzi wbrew przeznaczeniu.

   Pod twoim ubawionym spojrzeniem cierpiałem
   jak liszka żywcem wbita na kolec tarniny.
   Otwierała się przede mną straszność tego świata.

   Czyż mogłem nie uciekać od niej w urojenie?
   w trunek, po którym ustaje szczękanie zębami,
   topnieje gniotąca pierś rozpalona kula
   i można myśleć, że jeszcze będę żyć jak inni?
   Aż zrozumiałem, że tylko błądzę od nadziei do nadziei
   i zapytałem Ciebie, Wszechwiedzący, czemu
   udręczasz mnie. Czy to próba, jak u Hioba,
   aż uznam moją wiarę za ułudę
   i powiem: nie ma Ciebie ni twoich wyroków,
   a rządzi tu na ziemi tylko przypadek?
   Jak możesz patrzeć
   na równoczesny, miliardokrotny ból?

   Myślę, że ludzie, jeżeli z tego powodu nie mogą uwierzyć,
   że jesteś, zasługują w Twoich oczach na pochwałę.

   Ale może dlatego, że litowałeś się bez miary, zstąpiłeś na ziemię, żeby doznać tego,
   co czują śmiertelne istoty.

   Znosząc ból ukrzyżowania za grzech, ale czyj?

   Oto ja modlę się do Ciebie, ponieważ nie modlić się nie umiem.

   Bo moje serce Ciebie pożąda, choć wiem, że nie uleczysz mnie.

   I tak ma być, żeby ci, którzy cierpią, dalej cierpieli, wysławiając
   Twoje Imię.





   Tadeusz Dąbrowski
   WIARA MATEK

 
   Nie mogę uwierzyć jak mogłeś
   nie pójść na rekolekcje.
   
   Myślałam że przez dwadzieścia
   lat coś wpoiłam ci.
   
   A Bóg cię w niczym w niczym
   nie ogranicza. No
   
   chyba że ktoś jest gnojem
   




   Konstanty Ildefons Gałczyński
   SOWA


   we śnie jesteś moja i pierwsza 
   we śnie jestem pierwszy dla ciebie 
   rozmawiamy o kwiatach i wierszach 
   psach na ziemi 
   i ptakach na niebie

   we śnie w lasach są jasne polany 
   spokój zloty i niesłychany 
   pocałunki zielone jak paproć

   albo jesteś egipska królowa 
   jak miód słodka i mądra jak sowa 
   a ja jestem dla ciebie jak światło





   Leopold Staff
   DESZCZ JESIENNY


   O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
   I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
   Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
   Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
   I światła szarego blask sączy się senny...
   O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

   Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
   Na próżno czekały na słońca oblicze...
   W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
   W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...
   Odziane w łachmany szat czarnej żałoby
   Szukają ustronia na ciche swe groby,
   A smutek cień kładzie na licu ich młodem...
   Powolnym i długim wśród dżdżu korowodem
   W dal idą na smutek i życie tułacze,
   A z oczu im lecą łzy... Rozpacz tak płacze...

   To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
   I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
   Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
   Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
   I światła szarego blask sączy się senny...
   O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

   Kto dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny...
   Kto? Nie wiem... Ktoś odszedł i jestem samotny...
   Ktoś umarł... Kto? Próżno w pamięci swej grzebię...
   Ktoś drogi... wszak byłem na jakimś pogrzebie...
   Tak... Szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło,
   Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło,
   Gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno...
   Zmarł nędzarz, nim ludzie go wsparli jałmużną...
   Gdzieś pożar spopielił zagrodę wieśniaczą...
   Spaliły się dzieci... Jak ludzie w krąg płaczą...

   To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
   I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
   Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
   Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
   I światła szarego blask sączy się senny...
   O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

   Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie
   I zmienił go w straszną okropną pustelnię...
   Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem
   I kwiaty kwitnące przysypał popiołem,
   Trawniki zarzucił bryłami kamienia
   I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia...
   Aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu
   Położył się na tym kamiennym pustkowiu,
   By w piersi łkające przytłumić rozpacze
   I smutków potwornych płomienne łzy płacze...

   To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
   I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
   Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
   Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
   I światła szarego blask sączy się senny...
   O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...





   Julian Tuwim
   SKANDAL


   W mózgi wysoko biło wino
   Kolorowymi fontannami.
   Nad ranem wiatr i walc popłynął
   Świeżym powietrzem i pannami.

   Po walcu - koniak. Koniak dobił.
   Skazał na śmierć, na ścięcie czekał.
   Człowiek uderzył w twarz człowieka,
   Zaszlochał człowiek: "Co pan zrobił!"

   I kiedy wszyscy: w mordę! w mordę!
   Śród brzęku szkła i kobiet wycia,
   Gdy śród oklasków mordobicia
   Grom dnia uderzył w nich akordem:

   W komżach obrusów białe stoły
   Frunęły w górę jak anioły,
   A na suficie (na niebiosach)
   Krzyczała krzywda wielogłosa.





   Marek Lachowski
   WIESZ


   wiesz, to nie jest tak, że ludzie odchodzą -
   to my ich mijamy idąc błędną drogą
   wpatrzeni w siebie, szukamy drugiego
   wiesz, właśnie tak jest... sam nie wiem dlaczego?

   i wiesz, trafiamy do smutnej doliny
   jeśli łatwymi drogami dążymy;
   kroki beztroskie donikąd nas niosą,
   że lepiej dróżką iść nieraz, niż szosą?

   bo zawsze gdzieś czeka maleńka polana
   ukoi, przytuli i szepnie kochana
   odpocznij w ciszy zapachu jałowca

   przykryją cię drzewa cieniami pokrowca
   z dala od oczu, to nic, że nikt nie wie
   wiesz? ważne, że wreszcie znalazłaś siebie





   Kazimierz Mikulski
   W MIASTECZKU ANIOŁY


   Są mosty na wzgórzu spalone w południe
   i tarcza blaszana nad drzwiami fryzjera
   i brzytwa po której nie krzepnąc krew spływa
   w miasteczku anioły więdnące na drzewach
   od czterech miesięcy nie golą już bród

   Za murem szkło tłucze wylękła dziewczyna
   a tarcza blaszana jak słonce się żarzy
   wiec mruży dziewczyna swe oczy i ślepnie
   w miasteczku anioły więdnące na drzewach
   od czterech miesięcy nie golą już bród

   Nie żyje już fryzjer zmęczony nad rzeką
   pod drzwiami zostawił list i znaczki cztery
   i brzytwę i ucho odcięte lecz czuje
   rodzina napisze nagrobek jak wróci

   w miasteczku anioły więdnące na drzewach
   od czterech miesięcy nie golą już bród





   Tadeusz Kubiak
   EROTYK NA JUTRO


   Od stóp do głowy jesteś tak cała,
   słowiczo śpiewna, szczyglęco mała,
   mógłbym cię włożyć w puzderko piękne,
   w mniejszą od skrzypiec krecią trumienkę.

   W podróżnym puzdrze maleńka, mała,
   w jakie to nieba byś się udała?
   Na jakie bale chciałabyś przybiec
   w kreciej trumience mniejszej od skrzypiec?

   Z puzder, ze szkatuł zdobionych złotem,
   wyjmę cię żywą, włosy zaplotę.
   Nigdy nie oddam trumnie pod różą.

   Znowu będziemy jak przed podróżą.





   Julian Tuwim
   LIST DO KOBIETY


   Gdybym ja nie był poetą,
   A pani nie była kobietą,
   To znaczy: gdybym ja umiał
   Bez obłąkania i szału
   Dań składać pięknemu ciału
   I takbym się wyżył, wyszumiał;
   Gdybym mógł kochać bez mitu, 
   Bez natchnionego zachwytu,
   Bez legendarnych przydatków,
   Bez wahań, wzlotów, upadków,
   Bez mistycznego pomostu,
   Który prowadzi po prostu
   Do pani (pardon!) pośladków;
   Gdybym opuścić mógł z tonu
   I nie zaznając katuszy
   Dupie nie wmawiałbym duszy;
   Gdybym z czułego szaleńca
   Stał się buhajem bez ducha;
   Miał znacznie mniej z oblubieńca,
   A znacznie więcej z świntucha;
   Pani zaś - ach! gdyby pani
   Zostając przy swoich cudach
   (Mówię o biodrach, o udach,
   Piersiach i erotomanii,
   O pani wprawie miłosnej,
   O pani chuci radosnej,
   O oczach - błękitnych kwiatkach -
   O ustach - świeżych czereśniach - 
   O włosach - złocistych pieśniach -
   I wzmiankowanych pośladkach),
   Gdyby się pani zdobyła
   Na jeszcze jedną zaletę:
   Gdyby tak pani zabiła
   Przewrotną w sobie kobietę,
   Tę niebezpieczną panterkę,
   Tę chytrą, wieczną heterkę,
   To głupie, fałszywe zwierzę,
   Co z każdym będzie się tarzać,
   Rozkładac, tulić, obnażać,
   Za wiersz czy pustą zabawę,
   Za parę pończoch czy sławę,
   Nawet - z miłości - powiedzmy,
   Lecz w jakiś sposób bezecny,
   Bo obliczony bezwiednie
   W tak zwanej podświadomości
   Na efekt cudzej zazdrości
   Oraz korzyści powszednie;
   O, gdyby pani umiała
   Kochając najidealniej
   Nie sądzić, że bez jej ciała
   I "ekskluzywnej" sypialni
   Byłbym stracony, zgubiony,
   Chodziłbym błędny, strapiony,
   I, że prócz pani na świecie
   Na żadnej innej kobiecie
   Nie znalazłbym tyle szczęścia
   I takiej pełni posięścia,
   I takiej upojnie - skwarnej
   Rozkoszy (dość popularnej),
   I że bez pani spojrzenia
   Nie ma już dla mnie natchnienia,
   I że bez pani rozkraczeń
   W szał wpadnę chorych majaczeń!
   Że bez przychylnych jej gestów
   Zapadnę w nicość i próżnię,
   I odtąd juz nie odróżnię
   Chorejów od anapestów;
   Gdyby się pani, powtarzam,
   Zmieniła nieco w tym względzie,
   A ja bym się nie rozmarzał
   Przy seksualnym popędzie,
   To stałaby się z nas para
   Ach, najszczęśliwsza w Warszawie!
   Może się pani postara?
   Ja także trochę się wprawię.

   Lecz list się dłuży. A przeto
   Kończę. Nadziei mam mało.
   Bo cóż by z nas pozostało,
   Gdybym ja nie był poetą,
   Nie dążył ku "ideałom",
   A pani nie była kobietą
   tak jednolitą i całą?

   A zresztą... małoż to bywa
   Na świecie różnych wypadków?
   Może się jednak zmienimy?
   Adieu, Madame. Bądź szczęśliwa,
   Kiedy się znów zobaczymy?
   P.S.
   Ukłony dla pięknych pośladków





   Jacek Dehnel
   SZCZĘŚCIE

   dla P. T. v. T. 


   W przyszłym tygodniu masz urodziny
   za rok pewnie
   już cię nie będzie.
      M. Roberts, Lacrymae rerum

   Być tą brzydką Angielką – chudą, podstarzałą,
   niezbyt dobrą poetką; mieszkać w letnim domu
   ze stygnącym mężczyzną (serce czy rak nerek –
   przyczyny nieistotne). Wnosić mu po schodach
   (wąskich, zawilgłych schodach) tacę ze śniadaniem
   i siebie. Pisać: „W przyszłym
   tygodniu – bzyk muchy –
   – masz urodziny – znowu – za rok pewnie – krzyczy
   z bólu – już cię nie będzie”.Iść do niego. Głaskać.
   Leżeć z nim w wannie, płacząc. Patrzeć teatralnie,
   ale przecież prawdziwie, przez okno na drzewa.
   Mieć za sobą te lata, te listy, te flamy,
   znać numer kołnierzyka, buta, obwód głowy.
   Nie umieć się obejrzeć za innym mężczyzną.
   Używać tamtych zwrotów, pieszczotliwych imion.
   I udawać, że wcale nie jest gorszy w łóżku, 
   mając w pamięci tyle razów, miejsc, sposobów: 
   w hamaku, w soku z jagód, w pociągu pędzącym 
   z Wenecji do Nicei, na biurku wydawcy, 
   w bocznej salce muzeum. Przyjmować wizyty 
   przyjaciół i lekarzy. Kręcić kogel-mogel.
   Nie móc udawać dalej i dalej udawać. 
   Lecz nade wszystko wiedzieć, że wszystko, co było 
   nie mogło, nie powinno być inaczej, z innym, 
   gdzie indziej, kiedy indziej – to właśnie jest szczęście. 
   Widziałeś całość. Teraz odchodzisz, powoli 
   skubiąc liście z gałęzi. Ktoś zasłania lustro, 
   ktoś dzwoni, ktoś rozmawia. Taca. Wanna. Łóżko.





   Marcin Świetlicki
   DOMÓWIENIE


   A ona jeszcze nie wie, że piszę o śmierci.
   Ona się jeszcze łudzi, że piszę tu o niej
   albo o innych kobietach. Jeżeli poczuje
   zapach innej kobiety - zrobi awanturę,
   ale zrozumie. Nie zrozumie śmierci
   bo ona jeszcze śmierci nie rozumie.

   Bo ona jeszcze nie dowierza, że śmierć
   mi dyktuje. Woli pomyśleć: lenistwo.
   Zgubiłem pióro. Urząd Podatkowy.
   Kara za brak biletu. Nie spłacona rata.
   Potrzeba samotności. Alkohol. Wycieczki
   do wanny. Wszystko to - to znaki.

   Czy ona się nie dowie, że piszę o śmierci?
   Czy ona się nie dowie, że jeśli zastygam
    - to uczę się? Bo nie być trudniejsze niż
   nie mieć. Czy nie wie, że jeśli się śmieję
    - śmieję się przeciw? W poprzednich wydaniach
   nazywałem ją ona a teraz już nie chcę.





   Jacek Dehnel
   WPADKA


   Masz koło łóżka ogromną przepaść,
   białe sufity jak czarne wieka.

   Ciągle coś w przepaść bezzwrotnie wpada,
   zostaje rozpacz, bieg czasu, sadza.

   I nic - film z Monroe, pasztet z truflami,
   wyjazd do Wiednia - cię nie omami.

   Tam właśnie zmierzasz. Po wąskich schodkach
   minut i godzin. Cienka pozłotka:

   miłość, zachwyty, seks, książki, sztuka,
   obłazi z wolna. W środku kość stuka

   i wystukuje refren niewinny:
   "co-raz-mniej-mo-żesz-zo-stać-kimś-in-nym".

   I wiesz, że będziesz w głąb ciężko leciał,
   bo wypełniony do brzegów życia,

   a w tych sufitach (ich czerń to lustra)
   zostanie punkcik. A potem pustka.





   Anna A. Tomaszewska
   CYRK


   Anulka, Anulka - mówił do mnie ojciec,
   ale tylko w niedzielę, kiedy pachniał wodą jucht
   lub przemysławką intensywniej niż pelargonie w oknach.
   Pastował moje czerwone buciki do kościoła,
   do kina i cyrku, bałam się powiedzieć,
   że nie cierpię cyrku, bałam się zaglądać w oczy koniom
   lwom, klaunom, a najbardziej przerażały szpary
   w drewnianej podłodze pomiędzy rzędami krzeseł
   i że cyrkowy namiot zdmuchnie wiatr.

   Ojciec mówił: zachowujesz się jak paniątko,
   czas z tym skończyć. Kupował bilety najbliżej areny:
   piach na wybiegu parował zwierzęcym moczem, koszula
   ojca ciemniała na plecach, kiedy wręcz tężał cały
   - obserwując dziewczyny fruwające pod kopuła, miałam
   ręce lepkie od waty cukrowej, konie rżały, bat śmigał
   szybciej niż szminka klauna spływała z ust, bardziej
   czerwona od pelargonii w oknach, bardziej czerwona
   od moich butów, które pokrywał pył spod kopyt
   galopujących koni. Zaglądały mi w oczy co okrążenie.

   Cierpieliśmy w cyrku.





   Stanisław Barańczak
   WRZESIEŃ 1967


   I jakim prawem mieliśmy w sobie aż tyle
   nieprzezorności, aby w bezsennym przedziale
   spędzić noc, wysiąść, drżąc z zimna, i znaleźć
   między dnem szarych chmur a warstwą rudych szpilek
   śliski od mżawki, pusty po sezonie camping -
   garść słupów do siatkówki i sklejkowych ruder,
   zza których grzmiało morze; aby w przemokniętym
   domku z dykty nie zwlekać już ani przez chwilę
   dłużej i paść w ubraniach na nagi materac
   i, niezdarnie zdzierając je z siebie, docierać
   do nas, odnalezionych Bóg wie jakim cudem

   i jakim trafem; aby nic wtedy nie przeczuć,
   chichotać z układanych wspólnie - senną głową
   przy ciepłej piersi - głupstw: "Morze miarowo
   szumi, Bo niemiarowo nie umi", pod wieczór
   czuć nadal w ciele słony, dziki, jednostajny
   rytm fal, które zbijały z nóg spienionym światłem
   zmieszanym z piaskiem, żwirem i wodorostami,
   i ten rytm naśladować w śpieszniejszym narzeczu
   dwojga ciał; aby wargi, błądzące powoli
   plażą skóry, trafiły na kryształki soli
   z morza? z potu? nie wiedząc jeszcze, jakim wiatrem

   i jakim trwaniem będą zdmuchnięte, spłukane;
   aby języki dwa bez skutku ale czule
   chciały się spleść, przytrzymać nawzajem, nie ulec
   sygnałowi z latarni morskiej, gdy nad ranem
   buczał przez mgłę, na znak, że wszystko ma swój brzeg,
   i gdy do wnętrza domku przez koślawą ramę
   okna sączył się z anten, kominów i drzew

   świt ze swoim natrętnie milczącym pytaniem,
   jakim właściwie cudem, jakim trafem, jakim
   prawem wszystko ma odtąd pozostać tym samym
   morzem, tym samym snem, tym samym słonym smakiem.





   Paweł Pawlicki
   SZTUKA


   Matka Boska przemówiła do niego
   Bhagawatgita przemówiła do niego
   Rabbi Ben Shiwa przemówił do niego
   i archanioł Gabriel przemówił do niego

   Powiedział, nie możesz iść w poprzek drogi
   bo nigdzie nie dojdziesz
   nie zajmuj się więcej nieudolnym rysowaniem
   kobiecej postaci, bo rękę masz niewprawną
   choć szczere jest twoje serce.
   Dla ciebie są nieskończone równania i przestrzenie Banacha
   oraz głębokie pokłady nieświadomości

   A potem Ojciec Święty pobłogosławił go
   I powstało tysiąc poematów, i dwa scenariusze filmowe
   siedemnaście pomniejszych projektów
   A Związek Fotografików oferował swoje sale
   żeby urządzić wystawę.
   Ale on nie dbał o to, swoje wiersze oddał lekarzom
   żeby ratowały im życie

   Kiedy nadeszła cisza, siedział sam w swoim mieszkaniu,
   jeśli nie liczyć grzyba na ścianach i Bacha rozwieszonego na wiolonczeli
   Instrumenty, które dostał od przyjaciół oddał chorym
   Tylko trójkąt, kwadrat i koło zostały
   Nikt już do niego nie mówił.
   Słyszał za to złe szepty z oddali, odgłosy zawiści i bólu,
   brzęk tłuczonego szkła, i wycie alarmów
   Nieogolony, zmęczoną ręką rysował niewprawną kreską kobiecą postać

   Lekarze wzięli go w swoje dłonie
   do czasu kiedy znów Matka Boska do niego nie przemówi.





   Irving Layton
   KARALUCH
   (tłum. Robert Stiller)


   Ona była z Tokio.
   On z Tabrizu.
   Spotkali się w księgarni.
   Oboje wyciągnęli rękę po tą samą książkę.
   Przepraszam, po japońsku.
   Przepraszam, po persku.
   Była to rozprawa o karaluchach.
   Oboje chcieli kupić tę książkę.
   Był tylko jeden egzemplarz.
   Umówili się, że kupią go na spółkę.
   Oboje byli specjalistami od morfologii i bihewioru karaluchów.
   Fascynowały ich przez całe życie.
   Teraz poczuli się zafascynowani sobą.
   Pokochali się patrząc na wizerunki karaluchów jedzących
   to, co jedzą karaluchy.
   On ją zaprosił do siebie.
   Ona jego.
   Chodzili razem ma długie spacery.
   Często rozmawiali też o innych rzeczach
   niż karaluchy.
   On jej czytał ulubionych poetów sanskryckich.
   Ona mu czytała haiku.
   Gdy badali narządy rozrodcze swych ulubionych
   owadów, ich własne genitalia robiły się wilgotne.
   U niego w mieszkaniu. Potem u niej.
   Było to rozkoszne.
   Romantyczne.
   Byli niewiarygodnie szczęśliwi.
   Romans ich powinien trwać wiecznie.
   Aż im oczy błyszczały.
   Coś robiło się z ich głosem.
   Traktowali się z ogromną czułością.
   On przyniósł jej trochę własnych wierszy.
   Ona sprowadziła dla niego prezent samolotem z Tokio.
   Aż pewnego dnia się posprzeczali.
   Rozeszło się o zwyczaje karaluchów podczas jedzenia.
   On mówił tak, a ona inaczej.
   Sprzeczka zamieniła się w spór.
   Spór stał się kłótnią.
   Kłótnia stała się gwałtowna i zawzięta.
   Nie mogli się pogodzić w poglądach na zwyczaje karaluchów podczas jedzenia.
   Przepaść między nimi wciąż rosła.
   On mówił to, a ona tamto.
   Nie sposób dojść do porozumienia.
   Tylko jedno mogło mieć rację.
   Syczeli na siebie.
   Oczy im się napełniały nienawiścią.
   Kwestionowali wzajemnie swoją inteligencję i pochodzenie.
   Wszystkie miłe i ważne rzeczy, jakie powiedzieli sobie wzajemnie
   o karaluchach, poszły w niepamięć.
   Smutne to było.
   Bardzo smutne.
   W końcu on zabrał jej swoje wiersze.
   A ona mu powiedziała, żeby sobie wziął ten traktat o karaluchach
   bo jest mu najwyraźniej potrzebny.
   Suka, po persku.
   Niedouczona gnida, po japońsku.
   Tak skończył się romans.
   Smutne to było.
   Bardzo smutne.





   Tadeusz Kubiak
   MOIMI OCZAMI


   Siedziała w knajpie "Wenus na ziemi"
   ponad kieliszkiem pełnym - łez,
   Przyszedł i oparł na jej kolanach
   kudłatą mordę bezdomny pies.

   Pies miał - to śmieszne i bardzo dziwne -
   ślepia tak bardzo po ludzku piwne.
   Jak ja.

   Głaskała łeb ciemny, kudłaty,
   tulący się do ciepła jej kolan,
   łeb bezimienny, mokry od deszczu,
   zimny od wiatru z ciemnego pola.

   Pies miał - to śmieszne i bardzo dziwne -
   ślepia tak bardzo piwne.
   Jak...

   Licho wie - czyj, licho wie - skąd.
   To pies czy bies na czterech nogach?
   Łagodny u jej stóp jak baranek,
   owca zbłąkana na ciemnych drogach.

   A miał - to śmieszne i bardzo dziwne -
   ślepia prawdziwie po ludzku piwne.
   Jak ja.

   Gdy odsuwała go od swych kolan
   świecąc okrutnym i zimnym szkłem,
   patrzył jej w oczy z lękiem i smutkiem,
   jak gdyby nigdy pies nie był psem.

   Jak Boga kocham - śmieszne i dziwne -
   skąd u psa ślepia po ludzku piwne.

   Gdy znów głaskała kudłaty łeb,
   mrużył z rozkoszy okrągłe ślepia.
   I w piersi psiej grało psie serce
   jak pogrzebany w kudłach fortepian.

   Słyszysz - to śmieszne i bardzo dziwne -
   serce i ślepia po ludzku piwne.
   Po ludzku piwne.

   Siedziałem obok. Milczałem patrząc.
   Kieliszek szklił się pomiędzy nami.
   Być może ona nie widziała tego,
   że pies patrzył na nią moimi oczami.

   Patrzył i patrzył. To bardzo dziwne.
   Ale nie śmieszne - psie ślepia piwne.

   Te oczy piwne.
   Po ludzku.





   Andrzej Waligórski
   RODZINA PAJACYKÓW


   Co wieczora tato Pajacyk
   Wkłada kostium by pójść do pracy,
   Wkłada spodnie z wypchanymi kolanami
   I zbyt duże kapcie z pomponami,

   I melonik, co dziadkowi jeszcze służył,
   I nos czerwony, sztuczny i duży.
   A Pajacykowa, taty żona
   Patrzy na tatę rozczulona

   I z wyglądu jego się cieszy:
   - Wiesz, dzisiaj jesteś wyjątkowo śmieszny.
   A ten tata, to jest taki ewenement,
   Że dla niego to akurat jest komplement,

   Bo ktoś inny chciałby być przystojny,
   Interesujący lub dostojny,
   Albo ze swej piękności stawny,
   A on musi być tylko zabawny.

   Wyszedł tatuś Pajacyk z mieszkania
   Idzie drogą, znajomym się kłania,
   A mamusia dziecku szepcze czule:
   - Kiedyś będziesz taki jak tatulek

   Na to dziecko, jak to dziecko - szczere:

   - Ja bym chciał być magistrem inżynierem.
   Popatrzyła mamusia na syna,
   Rozjaśniła jej się nagle mina,
   Roześmiała się z aprobatą:

   - Jaki śmieszny, całkiem jak tato.





   Zbigniew Herbert
   STARY PROMETEUSZ


   Pisze pamiętniki. Próbuje w nich wyjaśnić miejsce bohatera w systemie konieczności, pogodzić sprzeczne ze sobą pojęcie bytu i losu.
   Ogień buzuje wesoło na kominku, w kuchni krząta się żona - egzaltowana dziewczyna, która nie mogła urodzić mu syna, ale pociesza się, że i tak przejdzie do historii.
   Przygotowanie do kolacji na którą ma przyjść miejscowy proboszcz i aptekarz najbliższy teraz przyjaciel Prometeusza.
   Ogień buzuje na kominku, na ścianie wypchany orzeł i list dziękczynny tyrana Kaukazu, któremu dzięki wynalazkowi Prometeusza udało się spalić zbuntowane miasto.
   Prometeusz śmieje się cicho. Jest to teraz jednyny sposób wyrażenia niezgody na świat.                         





   Julian Tuwim
   OSTRY EROTYK


   Składałem ci wizyty,
   Okrutnie niezdobytej,
   Nerwowo, gorączkowo,
   Bredziłem chorą mową,
   Wierszami cię męczyłem,
   Łamałem każde słowo,
   Do krwi je w zębach gryzłem,
   Dawałem rozgryzione,
   Zgniecione, rozkrwawione,
   Przebite każdym zmysłem:
   «Patrz»!

   Składałem ci wizyty,
   Nieznanej, głuchej, skrytej,
   Słuchały meble święte
   Tyrady niepojętej,
   Tyrańskiej i cierniowej,
   Gwałtownej, rozedrganej,
   Słuchały mojej mowy
   O ustach, piersiach, szczęściu —
   Nierozdrapane ściany,
   Nieposzarpane łóżko,
   Nierozwalony pięścią
   Stół.

   Tęsknotą dziś przeszyty,
   Tu przy samotnym stole,
   Schwytany w widm niewolę,
   Na tysiąc dni rozbity,
   Gromadzę te wizyty
   W kłąb jeden opętany.
   W nerw jeden — wszystkie rany,
   Ach, dzisiaj już szczęśliwy,
   Ach, dzisiaj już kochany,
   Daleki i pijany
   Mąż.





   Anna A. Tomaszewska
   DZIECKO

   "April is the cruellest month"  T.S.E.


   Najokrutniejszym miesiącem jest wrzesień, pełen wspomnień i Dat.
   Wilgoć wdziera się do domu wszelkimi szparami, uchylane drzwi trzeszczą,
   a matka mówi: w sypialni widuję zmarłych, spójrz, zostawiają rdzę na
   klamkach

   Śpimy w kokonie z flaneli, śnimy korzenie - ciotki, stryjenki, prababki,
   w ich roztrzęsionych ramionach kołysze się dom. Zmarłe krzątają się w snach,
   snują plany, jakby nadal mieszkały w pokoju obok (za ścianą stęka drewno
   przesuwanych krzeseł)

   Do mężczyzn należy grzebanie ciał, do nas - azalie na grobach, przecinanie
   pępowin. Matka mówi: musisz urodzić różowe dziecko, inaczej Złe uwije
   gniazdo w twoim brzuchu. Zbutwiejesz przed czasem, nie zostawisz cienia.





   Wisława Szymborska 
   BUFFO


   Najpierw minie nasza miłość, 
   potem sto i dwieście lat, 
   potem znów będziemy razem: 

   Komediantka i komediant, 
   ulubieńcy publiczności 
   odegrają nas w teatrze. 

   Mała farsa z kupletami, 
   trochę tańca, dużo śmiechu, 
   trafny rys obyczajowy 
   i oklaski. 

   Będziesz śmieszny nieodparcie 
   Na tej scenie, z tą zazdrością 
   w tym krawacie. 

   Moja głowa zawrócona, 
   moje serce i korona, 
   głupie serce pękające 
   i korona spadająca. 

   Będziemy się spotykali, 
   rozstawali, śmiech na sali 
   siedem rzek, siedem gór 
   miedzy sobą obmyślali. 

   I jakby nam było mało, 
   rzeczywistych klęsk i cierpień 
   - dobijemy się słowami. 

   A potem się pokłonimy 
   I to będzie farsy kres. 
   Spektatorzy pójdą spać 
   ubawiwszy się do łez. 

   Oni będą ślicznie żyli, 
   oni miłość obłaskawią, 
   tygrys będzie jadł z ich ręki. 

   A my wiecznie jacyś tacy, 
   a my w czapkach z dzwoneczkami 
   w ich dzwonienie barbarzyńsko 
   zasłuchani.





   Verner von Heidenstam
   ZA TYSIĄĆ LAT 
   (tłum. Łukasz Winiarski)


   Migot w dalekich przestrzeniach, błysk przypomnienia 
   dworku, który przeświecał poprzez wysokie drzewa. 
   Kim byłem? Jakie me imię? Czemu płakałem wtedy? 
   To wszystko już zapomniane. Wszystko ucicha w dali 
   jak huraganu śpiew wśród wirujących światów.





   Paweł Pawlicki
   MARYSIA


   W jej pokoju czekała na mnie zawsze herbata
   w maciupkiej filiżance z łabędziem
   kartony bajkowo zarysowane
   stosy pędzli z bobrowego włosia
   i łaskoczące w usta kałanki,
   zapach oleju lnianego
   trzaskała drzwiami szlochając
   kiedy kolor farby jej nie odpowiadał
   i kupowaliśmy lody nieznajomym z ulicy Miodowej

   uczyła mnie, że nie będę nigdy malarzem
   i że ludzie są delikatni i wiotcy
   a praskie lumpy biły brawo
   kiedy skakała na główkę ze słupka
   na basenie na Namysłowskiej.

   to było w lipcu pamiętam, bo okna zalepiłem z gorąca,
   a w Łazienkach umilkły ptaki
   kiedy opowiadała mi drżącym głosem
   o nienarodzonym dziecku i straconych nadziejach.





   Władysław Broniewski
   WIERSZ OSTATNI


   Tyś mnie kochała, ale nie tak, 
   jak kochać trzeba, 
   i szliśmy razem, ale nie w takt - 
   przebacz. 

   Ja jeszcze długo... Rok albo dwa. 
   Potem zapomnę. 
   Teraz, gdy boli, teraz, gdy trwa, 
   dzwonię podzwonne. 

   A tobie, miła, na co ten dzwon 
   brzmiący z oddali? 
   Miłość niewielka, błahy jej zgon, 
   i idziesz dalej. 

   Cóż mam od życia? - troskę i pieśń 
   (ciebie już nie ma). 
   Muszę im ufać, muszę je nieść, 
   pisać poemat. 

   Cóż mam od życia? - chyba już wiesz, 
   czujna i płocha? - 
   tylko ten smutek, tylko ten wiersz, 
   który mnie kocha.





   Izabela Joanna Bożek
   ***


   Łez nie osuszy chrzęst szronu wesoły:
   Nie ma nikogo, kto gałąź potrząśnie,
   By płatki śniegu spadały radośnie. 
   Krążą nade mną rozstania anioły.
 
   Nikt nie odczyta rozpaczy w mej twarzy.
   Ty pójdziesz góra, ja w doliny zboczę.
   Czasem nam tylko serca załomoczą, 
   Gdy myśl się w przeszłość odwrócić odważy.
 
   Ty w tłumu wrzawie, ja w katedry mroku:
   Śpiew się załamie, modlitwa przygaśnie.
   Co nam pisane lawiną się toczy.
 
   Mroz idzie znowu, jak zwykle, co roku, 
   Czarne ptaszysko od niechcenia wrzaśnie. 
   Wciąż w twoja stronę zwracam smutne oczy.





   Stanisław Wyspiański 
   I CIĄGLE WIDZĘ ICH TWARZE


   Kochany Panie

   I ciągle widzę ich twarze, 
   ustawnie w oczy ich patrzę - 
   ich nie ma - myślę i marzę, 
   widzę ich w duszy teatrze. 

   Teatr mój widzę ogromny, 
   wielkie powietrzne przestrzenie, 
   ludzie je pełnią i cienie, 
   ja jestem grze ich przytomny. 

   Ich sztuka jest sztuką moją, 
   melodię słyszę choralną, 
   jak rosną w burzę nawalną, 
   w gromy i wichry się zbroją. 

   W gromach i wichrze szaleją 
   i gasną w gromach i wichrze - 
   w mroku mdlejące i cichsze - 
   już ledwo, ledwo widnieją - 
   znów wstają - wracają ogromne, 
   olbrzymie, żyjące - przytomne. 

   Grają - tragedię mąk duszy 
   w tragicznym teatru skłonie, 
   żar święty w trójnogach płonie 
   i flet zawodzi pastuszy. 

   Ja słucham, słucham i patrzę - 
   poznaję - znane mi twarze, 
   ich nie ma - myślę i marzę, 
   widzę ich w duszy teatrze!





   Jan Kalina
   ***


   dobranoc mario oczy zmruż
   czcigodną głowę przy mnie połóż
   właśnie wychylił się zza wzgórz
   księżyc co zmarły jest w połowie
   i o parapet głucho tak
   zastukał gołąb albo szpak
   jak gdyby pragnął cię przywołać

   pod latarenką gaśnie sklep
   niejeden drab przeklina w duchu
   swoje jestestwo ciebie mnie
   taksiarz co w radiu się zasłuchał
   znów zaprzepaścił dobry kurs
   na zachód nocy i na wschód
   śródziemnomorskie schodzą chmury

   posłuchaj mario każdy sen
   który poczciwie zechcesz począć
   będzie nam służył wspólnie wiesz
   schłodzę w nim nogi jak w potoku
   dlatego dla mnie mario śnij
   i przyrzeczone włosy złóż
   na stosie wiersza każdy wiersz
   który spisałem brzmiał jak twój





   Stanisław Staszewski
   A GDY BĘDĘ UMIERAŁ


   A gdy będę umierał,
   To nie przyjdzie generał.
   Ziewnie z cicha dyrektor,
   Bo umiera byle kto.

   Serce pluśnie w staw ciszy,
   Doktór papier podpisze.
   Szakal z hieną z kantorka
   Złożą rzeczy do worka.

   Żona przyjdzie w welonie:
   Masz przepustkę, Charonie.
   Złoty ząbek zostawić,
   Piórko z głową poprawić.

   A gdy będę chowany,
   Syn zapłacze pijany.
   Zdepcze szarfy dostojne,
   Potem pójdzie na wojnę.

   Na cmentarzu pod murem
   Słońce zajdzie za chmurę,
   Drobny deszczyk pokropi,
   Pamięć moją zatopi.

   A na stypie z bigosem
   Strasznym krzyknie ktoś głosem.
   Wyjdziesz patrzeć kto woła,
   Znajdziesz ciszę dookoła.





   Adam Ważyk
   MAŁA OBSESJA


   Nie wejdę do tej kawiarni
   ona tam siedzi
   nieznajoma
   ufryzowana w lokach ze srebrnej blachy
   ma wąsko osadzone śmiejące się oczy
   Z rozstawionymi kolanami tęgich nóg
   mlaszczes językiem
   przy niej dwóch mężczyzn w kwiecistych krawatach
   i przeczucie śmierci
   Nie wejdę do tej kawiarni
   ale ja spotkam w tramwaju
   w piekielnym ścisku
   w czarnym jedwabnym szalu
   jakiż to brak tożsamości
   jaki szlachetny profil





   Anna A. Tomaszewska
   KOT I POMARAŃCZE


   Bliska hoduje guza w środku brzucha, raka wielkości pomarańczy.
   Śmierć jest kotem, Bliska odchyla kołdrę, a on wskakuje pomiędzy
   całun skóry a ciepłe prześcieradła. Tulą się. Oddychają na zmianę.

   Bliska mówi 'umieranie nie jest prostą czynnością, myśl o nieskończoności
   jest nie do zniesienia'. I płacze. Też płaczę. Myśl o nieodwołalności
   wydaje się nie do zaakceptowania. Tylko kot nie ma łez, milczy.

   Pismo mówi "Pomoc nadejdzie od Pana. Do domu Pana pójdziemy".
   Bliska i kot wertują biblię, jakby potrzebowali otuchy przed wyjściem
   w listopadową przestrzeń. W podziemnych korytarzach kwitną pomarańcze.





   Jorge Louis Borges
   DOOMSDAY


   Będzie to wtedy, gdy zabrzmi trąba, jak pisze
       Święty Jan Teolog.
   Było to w roku 1757, według świadectwa Swedenborga
   Było to w Izraelu, kiedy wilczyca przybiła do krzyża
       ciało Chrystusa, lecz nie tylko wtedy.
   Dzieje się to w każdym tętnie twojej krwi.
   Nie ma chwili, co nie mogłaby być kraterem Piekła.
   Nie ma chwili, co nie mogłaby być wodą Raju
   Nie ma chwili, co nie byłaby nabita jak broń.
   W każdej chwili możesz być Kainem i Siddharthą,
       maską lub twarzą.
   W każdej chwili może ci wyznać swą miłość
       Helena Trojańska.
   W każdej chwili może się okazać, że kur zapiał po trzykroć.
   W każdej chwili klepsydra upuszcza ostatnią kroplę.





   Stefan Beton
   POECI WYCIŚNIĘCI


   Wy przez matkę odrzuceni
   I przez ojca w ciemię bici
   Własną pustką nad-natchnieni
   Wysmutaniem znakomici

   Niczym pryszcze wyciśnięci
   Nawiedzeni banalnością
   Metafory wszyscy święci
   Bezbarw-na-dmuchani-ością

   Zabawiacie się ze sobą
   Gdy czytacie swe wystęki
   Sieczką myśli- w mózgu wodą
   Z niedowładem prawej ręki

   (A mańkutów przepraszamy
   Bo sylaby się nie zgodzą
   Może choć raz dla odmiany
   Prawą ręką niech dogodzą)

   Dosć dennego przymulenia
   I tarzania w sraczce bólu
   Ego-chwastów nawożenia
   I liryki z dupą w ulu

   W klawiaturę wystukani
   Idąc drogą do Golgoty
   Lekkim życiem oszukani...
   Wypierdalać do roboty! 





   Tomasz Baran
   PRĘGI


   Niosłem dziś w sobie myśl,
   że tygrysy mają pręgi, a pręgi tygrysy
   i nie spieszyłem się
   z tą myślą, z popołudniem,
   które niosło mnie na grzbiecie.

   I niosłem w sobie myśl, że tygrysy
   umierają w klatkach.

   I przypomniał mi się dom, firanka,
   wzrok matki.





   Jacek Dehnel
   PRZYJĘCIE


   Stoją za oknem strome ciemności,
   ciemność przychodzi do okien w gości.

   A za ciemnością idą zwierzęta
   żaden bestiariusz ich nie spamięta.

   Za zwierzętami śmierć biała kroczy,
   śmierć sześcioskrzydła, na skrzydłach oczy.

   Stają u okien. Patrzą do środka.
   Bardzo się zmieni kto je napotka.

   W środku tłum, książki, meble i szklanki,
   czyli szkło, papier, drewno i tkanki.

   I śmierć, i bestia się rozpromienia,
   że się serwuje tyle jedzenia.

   Przez miłorzębu patrzą gałązki
   na nieświadome niczego kąski.

   Ty, jeśli czekasz jakichś morałów,
   nie czekaj dłużej. Czasu jest mało.

   Bądź dobry. Kochaj. Starzej się z wdziękiem.
   Zamki są słabe. Szyby są cienkie.





   Konstanty Ildefons Gałczyński 
   PIEŚNI


   III

   Ile razem dróg przebytych? 
   Ile ścieżek przedeptanych? 
   Ile deszczów, ile śniegów 
   wiszących nad latarniami? 

   Ile listów, ile rozstań, 
   ciężkich godzin w miastach wielu? 
   I znów upór żeby powstać 
   i znów iść, i dojść do celu. 

   Ile w trudzie nieustannym 
   wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń? 
   Ile chlebów rozkrajanych? 
   Pocałunków? Schodów? Książek? 

   Ile lat nad strof tworzeniem? 
   Ile krzyku w poematy? 
   Ile chwil przy Bethovenie? 
   Przy Corellim? Przy Scarlattim? 

   Twe oczy jak piękne świece, 
   a w sercu źródło promienia. 
   Więc ja chciałbym twoje serce 
   ocalić od zapomnienia.





   Stanisław Grochowiak
   MODLITWA


   Matko Boska od Aniołów 
   Matko Boska od pająków 
   Śnieżnych żagli smagła Pani 
   Sygnaturko z kolczykami 
   Matko Boska z żółtą twarzą 
   Matko Boska z orlim piórem 
   Matko Boska kolonialna 
   Łzo astralna i kopalna 
   Wędrująca na pirodze 
   Fruwająca na korwecie 
   Na Holendrze latającym 
   W dumnej pozie na lawecie 
   Długoręka długoszyja 
   Złotopalca krągłogłowa 
   Pysznooka wąskostopa 
   Żyzna w ludzi jak Europa 
   O kopalnio naszych natchnień 
   O fabryko naszych pogód 
   O kościele naszych cierpień 
   Na księżyca wąskim sierpie 
   Matko Boska mądra taka 
   Żeś jak ogród z plonem łask 
   Rzuć najmniejszy choćby blask 
   W ciemne wiersze Grochowiaka





   Czesław Miłosz 
   TO


   Żebym wreszcie mógł powiedzieć, co siedzi we mnie. 
   Wykrzyknąć: ludzie, okłamywałem was 
   Mówiąc, że tego we mnie nie ma, 
   Kiedy TO jest tam cięgle, we dnie i w nocy. 
   Chociaż właśnie dzięki temu 
   Umiałem opisywać wasze łatwopalne miasta, 
   Wasze krótkie miłości i zabawy rozpadające się w próchno, 
   Kolczyki, lustra, zsuwające się ramiączko, 
   Sceny w sypialniach i na pobojowiskach. 

   Pisanie było dla mnie ochronną strategią 
   Zacierania śladów. Bo nie może podobać się ludziom 
   Ten, kto sięga po zabronione. 

   Przywołuję na pomoc rzeki, w których pływałem, jeziora 
   Z kładką między sitowiem, dolinę, 
   W której echu pieśni wtórzy wieczorne światło, 
   I wyznaję, że moje ekstatyczne pochwały istnienia 
   Mogły być tylko ćwiczeniami wysokiego stylu, 
   A pod spodem było TO, czego nie podejmuję się nazwać. 

   TO jest podobne do myśli bezdomnego, 
   kiedy idzie po mroźnym, obcym mieście. 

   I podobne do chwili, kiedy osaczony Żyd 
   widzi zbliżające się ciężkie kaski niemieckich żandarmów. 

   TO jest jak kiedy syn króla wybiera się na miasto 
   i widzi świat prawdziwy: nędzę, chorobę, starzenie się i śmierć. 

   TO może też być porównane do nieruchomej twarzy kogoś, 
   kto poją, że został opuszczony na zawsze. 

   Albo do słów lekarza o nie dającym się odwrócić wyroku. 

   Ponieważ TO oznacza natknięcie się na kamienny mur, 
   i zrozumienie, że ten mur nie ustąpi żadnym naszym błaganiom. 





   Agnieszka Osiecka
   TYLKO ŁÓŻKO


   Tobie chodzi tylko o łóżko, 
   A ja jestem małą kaczuszką, 
   Której trzeba miłości i wsparcia 
   I czasami czegoś do żarcia. 

   Proszę, zostań czasami do rana, 
   O pięknej żonie rzadko mów, 
   Czasem wykup na kartkę szampana, 
   I złotą rybkę dla nas złów. 

   Że się wkrótce - dla mnie - rozwiedziesz, 
   Tak mi czasem skłam, 
   Czasem powiedz, że ze mną wyjedziesz, 
   Już nigdy, nigdy sam. 

   Tobie chodzi tylko o łóżko, 
   A ja jestem rajskie jabłuszko, 
   Które pragnie miłości i wsparcia, 
   I czasami czegoś do żarcia. 

   Czasem kochaj mnie też po trzeźwemu, 
   O wspólnym kącie słówko rzuć, 
   Czasem przedstaw mnie gdzieś znajomemu, 
   Nie mów, że wszystko muszę psuć. 

   Na rozstanie nie mów "to zabieg", 
   Ładniej, kochany, mów, 
   Czasem wyśnij coś dla mnie na jawie, 
   Nie żałuj paru snów. 

   Tobie chodzi tylko o łóżko, 
   A ja jestem takie cacuszko, 
   Które pragnie miłości i wsparcia, 
   - nie tylko czegoś - do żarcia. 

   Proszę, odejdź bez bicia i grzecznie, 
   Jak z telewizji gentleman, 
   "Ja do dzieci - rozumiesz - koniecznie", 
   I "Ukochana, to był sen". 

   Że się wkrótce do mnie odezwiesz, 
   Tak mi pod drzwiami skłam, 
   ...z czasem zamień się w taką poezję, 
   którą jesteś... którą byłeś - ty sam.





   Wisława Szymborska 
   DWORZEC


   Nieprzyjazd mój do miasta N. 
   odbył się punktualnie. 

   Zostałeś uprzedzony 
   niewysłanym listem. 

   Zdążyłeś nie przyjść 
   w przewidzianej porze. 

   Pociąg wjechał na peron trzeci. 
   Wysiadło dużo ludzi. 

   Uchodził w tłumie do wyjścia 
   brak mojej osoby. 

   Kilka kobiet zastąpiło mnie 
   pośpiesznie 
   w tym pośpiechu. 

   Do jednej podbiegł 
   ktoś nie znany mi, 
   ale ona rozpoznała go 
   natychmiast. 

   Oboje wymienili 
   nie nasz pocałunek, 
   podczas czego zginęła 
   nie moja walizka. 

   Dworzec w mieście N. 
   dobrze zdał egzamin 
   z istnienia obiektywnego. 

   Całość stała na swoim miejscu. 
   Szczegóły poruszały się 
   po wyznaczonych torach. 

   Odbyło się nawet 
   umówione spotkanie. 

   Poza zasięgiem 
   naszej obecności. 

   W raju utraconym 
   prawdopodobieństwa. 

   Gdzie indziej. 
   Gdzie indziej. 
   Jak te słówka dźwięczą.





   Julian Tuwim 
   RZUCIŁBYM TO WSZYSTKO


   Rzuciłbym to wszystko, rzuciłbym od razu, 
   Osiadłbym jesienią w Kutnie lub Sieradzu. 

   W Kutnie lub Sieradzu, Rawie lub Łęczycy, 
   W parterowym domku, przy cichej ulicy. 

   Byłoby tam ciepło, ciasno, ale miło, 
   Dużo by się spało, często by się piło. 

   Tam koguty rankiem na opłotkach pieją, 
   Tam sąsiedzi dobrzy tyją i głupieją. 

   Poszedłbym do karczmy, usiadłbym w kąciku, 
   Po tym, co nie wróci, popłakał po cichu. 

   Pogadałbym z Tobą przy ampułce wina: 
   "No i cóż, kochana? Cóż, moja jedyna? 

   Żal ci zabaw, gwaru, tęskno do stolicy? 
   Nudzisz się tu pewno w Kutnie lub Łęczycy?" 

   Nic byś nie odrzekła, nic, moja kochana, 
   Słuchałabyś wichru w kominie do rana... 

   I dumała długo w lęku i tęsknicy: 
   - Czego on tu szuka w Kutnie lub w Łęczycy?





   Richard Brautigan
   HAVE YOU EVER FELT LIKE A WOUNDED COW

   Have you ever felt like a wounded cow
   halfway between an oven and a pasture?
   walking in a trance toward a pregnant
        seventeen-year-old housewife's
        two-day-old cookbook?