Czesław Miłosz - VOYEUR
Tadeusz Kubiak - PIOSENKA O NIEJ
Janusz Mrzigod - ZWYCZAJNIE
Maria Banus - WESELE
Jan Brzechwa - NAJBANALNIEJSZY WIERSZ
Wisława Szymborska - SPACER WSKRZESZONEGO
Stanisław Grochowiak - KOLĘDA
Adam Ważyk - WIDOKÓWKA Z MIASTA SOCJALISTYCZNEGO
Julian Tuwim - FRYZJERZY
Tadeusz Kubiak - POTOMNI
Ewa Lipska - *** (dokąd doszliśmy)
Stanisław Staszewski - KNAJPA MORDERCÓW
Wisława Szymborska - OBÓZ GŁODOWY POD JASŁEM
Miron Białoszewski - PO NITCE...
Janusz Mrzigod - WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ
Stanisław Grochowiak - ROZMOWA O POEZJI
Tadeusz Kubiak - CHCIAŁEM OPISAĆ
Radosław Kobierski - LATO 1982
Norbert Kulesza - MARTA I MARIA
Julian Tuwim - WSPOMNIENIE
Andrzej Bursa - PANTOFELEK
Wisława Szymborska - DWIE MAŁPY BRUEGLA
Konstanty Ildefons Gałczyński - WRÓCI WIOSNA, BARONOWO
Nick Cave - KRZESŁO ŁASKI
Krzysztof Kamil Baczyński - BALLADA O TRZECH KRÓLACH
Rainer Maria Rilke - SAMOTNOŚĆ
Tadeusz Kubiak - PORTRET RĄK
Janusz Mrzigod - NIEZBYT POWAŻNY WIERSZ O TYM, CO MĘŻCZYŹNIE ZDAJE SIĘ O KOBIECIE
Zuzanna Ginczanka - BALLADA O KRYTYKACH POEZJĘ WERTUJĄCYCH
Andrzej Waligórski - ZACHWYCENIE
Wisława Szymborska - URODZONY
Bolesław Leśmian - ALCABON
Marcin Świetlicki - MARNOWANIE
Tadeusz Kubiak - STWORZENIE ŚWIATA
Josif Brodski - PIOSENKA
Krzysztof Jaworski - PAMIĘCI KRZYSZTOFA JAWORSKIEGO
Julian Tuwim - BALLADA STAROFRANCUSKA
Wisława Szymborska - STARY ŚPIEWAK
Lidia Zabiegałowska - NA CZTERY RĘCE
Janusz Mrzigod - NIC NIE ROZUMIEM
Tadeusz Kubiak - 12 MAJA W OLIWIE W DESZCZOWY DZIEŃ
Konstanty Ildefons Gałczyński - ŚMIERĆ POETY
Charles Simic - MADONNY Z DORYSOWANĄ SZPICBRÓDKĄ
Miron Białoszewski - STUDIUM KLUCZA
Leopold Staff - ABYM MÓGŁ KOCHAĆ W TOBIE RZECZY, KTÓRYCH NIE MA
Tadeusz Kubiak - DO NIEZNAJOMEJ
Ewa Lipska - TRĄBKI
Julian Tuwim - SEN ZŁOTOWŁOSEJ DZIEWCZYNKI
Czesław Miłosz - ALKOHOLIK WSTĘPUJE W BRAMĘ NIEBIOS
Tadeusz Dąbrowski - WIARA MATEK
Konstanty Ildefons Gałczyński - SOWA
Leopold Staff - DESZCZ JESIENNY
Julian Tuwim - SKANDAL
Marek Lachowski - WIESZ
Kazimierz Mikulski - W MIASTECZKU ANIOŁY
Tadeusz Kubiak - EROTYK NA JUTRO
Julian Tuwim - LIST DO KOBIETY
Jacek Dehnel - SZCZĘŚCIE
Marcin Świetlicki - DOMÓWIENIE
Jacek Dehnel - WPADKA
Anna A. Tomaszewska - CYRK
Stanisław Barańczak - WRZESIEŃ 1967
Paweł Pawlicki - SZTUKA
Irving Layton - KARALUCH
Tadeusz Kubiak - MOIMI OCZAMI
Andrzej Waligórski - RODZINA PAJACYKÓW
Zbigniew Herbert - STARY PROMETEUSZ
Julian Tuwim - OSTRY EROTYK
Anna A. Tomaszewska - DZIECKO
Wisława Szymborska - BUFFO
Verner von Heidenstam - ZA TYSIĄĆ LAT
Paweł Pawlicki - MARYSIA
Władysław Broniewski - WIERSZ OSTATNI
Izabela Joanna Bożek - *** (łez nie osuszy)
Stanisław Wyspiański - I CIĄGLE WIDZĘ ICH TWARZE
Jan Kalina - *** (dobranoc mario)
Stanisław Staszewski - A GDY BĘDĘ UMIERAŁ
Adam Ważyk - MAŁA OBSESJA
Anna A. Tomaszewska - KOT I POMARAŃCZE
Jorge Louis Borges - DOOMSDAY
Stefan Beton - POECI WYCIŚNIĘCI
Tomasz Baran - PRĘGI
Jacek Dehnel - PRZYJĘCIE
Konstanty Ildefons Gałczyński - PIEŚNI (III)
Stanisław Grochowiak - MODLITWA
Czesław Miłosz - TO
Agnieszka Osiecka - TYLKO ŁÓŻKO
Wisława Szymborska - DWORZEC
Julian Tuwim - RZUCIŁBYM TO WSZYSTKO
Richard Brautigan - HAVE YOU EVER FELT LIKE A WOUNDED COW
Czesław Miłosz
VOYEUR
Byłem podglądaczem wędrownym na ziemi.
Szumiało, mieniło się wnętrze galaktycznej bańki mydlanej.
Jej kapelusz z kwiatami lila, nosiła majtki z koronką,
Ucztowaliśmy z nią przy obrusie cętkowanym w słoneczne plamy.
Albo jej na wpół gołe piersi w sukni Empire.
Przebierałem się w kolorowy frak z orderem,
Byle tylko móc zgadywać ich stwardniały dotyk.
Zawsze myślałem o tym, co kobiety noszą zakryte:
Ciemne wejście do ogrodu wiedzy
W pianie halek, falbanek i spódnic.
A później umierały one, ich atłasy i lustra.
Dogaressy, księżniczki, panny służebne.
Ściskało mnie w gardle, że takie piękne zmieniają się w truchło.
Naprawdę nie szukałem kochania się z nimi.
Pożądały ich moje oczy, chciwe, bardzo chciwe,
Zaproszone na komiczne widowisko,
W którym filozofia i gramatyka,
Poetyka i matematyka,
Logika i retoryka,
Teologia i hermeneutyka,
Oraz wszelkie nauki mędrców i proroków
Zgromadziły się, żeby układać pieśń nad pieśniami
O puszystym zwierzątku nie do oswojenia
Tadeusz Kubiak
PIOSENKA O NIEJ
Sąsiadom rodziły się dzieci.
Żywe gwiazdy tryskały z rany.
Kobiety krzyczały przez łzy.
Mężczyźni milczeli za ścianą.
A Ona czesała włosy.
Jaskółki lepiły gniazda.
Poddasze pachniało ogrodem.
Wnosili fotel jak tron.
Zasypiał w nim senior rodu.
A Ona czesała włosy.
Przybijały statki do brzegu.
Gołębice ostrzyły pazury.
Rozstępowały się morza.
Oddzielała już tylko skóra.
A Ona czesała włosy.
Kret wychodził z rozgrzanej ziemi.
Dół kopali w rozmiękłej glinie.
Wdowa smutek mierzyła w lustrze.
Wdowiec album bezcześcił winem.
A Ona czesała włosy,
naga - jak ją bóg stworzył,
a diabeł wodził na miłość.
Janusz Mrzigod
ZWYCZAJNIE
wieczór jak zwykle
kobieta siada przy mężczyźnie
i odwraca jego uwagę
od wiecznego płomienia lampy
potem kochają się przez chwilę
w wyobraźni
między dwoma łykami herbaty
potem ona zapala papierosa
a on wstaje otwiera okno
wspina się na parapet skacze
za jego plecami dom
rozpada się w płomieniach
teraz już można
odpiąć skrzydła
Maria Banus
WESELE
W sypialni był czarny kosmiczny ziąb.
Rozbierz się, poprosiłam go, ogrzej mnie.
Najpierw odkręcił sobie głowę, zgrzytała jak Saturn
wydzierający się z uchwytu swych pierścieni
albo jak korek, co kwiczy
w szklanym gardle butelki.
Odkręcił sobie prawą rękę z gwintem
jak na pocisku.
Odkręcił lewą rękę
jak obła metaliczna rakieta.
Odkręcił sobie sztuczną prawą nogę
klnąc jak szofer na przerywający silnik ciężarówki.
Odkręcił sztuczną lewą nogę
z jękiem żelaza o żelazo
jak w kotłowni.
Podczołgałam się do jego serca,
położyłam mu głowę na piersi,
wsłuchałam się w tętno jego serca.
Nie zgrzytało, nie szczękało, nie miotało się
w rytmie eksplozji:
biło.
Dookoła wyrosły źdźbła trawy
i z leszczyny wyjrzał pyszczek królika,
jakieś niebo
z mleczną strużką chmury. I wtedy wreszcie
zapłakałam.
Jan Brzechwa
NAJBANALNIEJSZY WIERSZ
Na parapecie wsparta
Siedzi w niebieskiej sukni,
Nazywa się pewno - Marta
Lub może jeszcze smutniej.
Siedzi w otwartym oknie
I czyta stare wiersze,
Przebrzmiałe już bezpowrotnie
Jak pocałunki pierwsze.
Litery drukowane
Przed jej oczyma skaczą,
W jej sercu nie zakochanym
Jesienny dzień się zaczął.
Spogląda obojętnie
W ulicę spowszedniałą,
Gdzie jakaś dziewczyna skrzętnie
Sprzedaje swoje ciało.
Spogląda i zazdrości,
I w dłoniach oczy chowa,
Że nawet takiej miłości
Los jej nie podarował.
Wisława Szymborska
SPACER WSKRZESZONEGO
Pan profesor już umarł trzy razy.
Po pierwszej śmierci kazano mu poruszać głową.
Po drugiej śmierci kazano mu siadać.
Po trzeciej - postawiono go nawet na nogi,
podparto grubą zdrową nianią:
Pójdziemy sobie teraz na mały spacerek.
Głęboko uszkodzony po wypadku mózg
i proszę, aż dziw bierze, ile pokonał trudności:
Lewa prawa, jasno ciemno, drzewa trawa, boli jeść.
Dwa plus dwa, profesorze?
Dwa - mówi profesor.
Jest to odpowiedź lepsza od poprzednich.
Boli, trawa, siedzieć, ławka.
A na końcu alei znowu ta stara jak świat,
niejowialna, nierumiana,
trzy razy stąd przepędzana,
podobno niania prawdziwa.
Pan profesor chce do niej.
Znów się nam wyrywa.
Stanisław Grochowiak
KOLĘDA
Schodzą powoli - tak złażą się, rzekłbyś -
Jedni oliwą po białka schlapani,
Inni z wielkimi krzywymi kciukami,
Wszyscy dziurawi jak gruzy lub rzeźby.
Baby... Te w ciasto spowite po łokcie;
Wdowy... Te w pudrze jak. w śnieżnej zamieci;
Panny... Tak chude, że świeci szkielecik;
Płatne panienki - po trzynocnym poście.
Ze zwierząt koza, dwa gawrony, wielbłąd
- (Wielbłąd ze ZOO, ma przekłutą wargę),
Szpic ustrojony w spłowiałą kokardę,
Kruk - jak w przepaskę - owinięty w bielmo.
Króle na końcu. Król w gazowym pysku,
Drugi ma gipsem zlutowane szczęki,
Trzeci jest jasny, jest nieomal piękny
W ostrej koronie z żelaznych odprysków.
I stoją. Patrzą. Matka między drzewa
Rozpięta - zwisa. Stopy się kołyszą,
Czasami kropla wstrząśnie martwą ciszą,
Czasem mysz ćwierknie lub kamień zaśpiewa.
A płód - jak długo może drążyć ciało?
Jak długo gwiazda spada w naszych trzewiach?
czasem mysz ćwierknie, czasem głaz zaśpiewa,
A to jest wszystko, co dotąd się stało...
Adam Ważyk
WIDOKÓWKA Z MIASTA SOCJALISTYCZNEGO
O świcie niecierpliwa,
niesyta swego piękna,
syczała lokomotywa
nad dziewczyną, która uklękła.
Ktoś, kto przelotnie zobaczył
pogański profil dziewczyny,
opacznie sobie tłumaczył,
że modli się do maszyny.
A jej tylko drgała warga,
gdy ranną racją oliwy,
maściła, czuła kolejarka,
tłoki lokomotywy.
Julian Tuwim
FRYZJERZY
Chaplinowi
W pustej golarni siedzą fryzjerzy pod ścianami.
Patrzą, czekają, gości nie ma, więc nudzą się.
Sami się czeszą, sami się golą, sami, sami,
Mówią, co wiedzą, drzemią i chrapią, i budzą się.
Idą do okna, nic nie ma w oknie.
Wracają do luster, w lustrach - fryzjerzy,
Gładko uczesani, ulizani żałobnie,
Upudrowani, piękni fryzjerzy
Gazetę czytają, czoła trą i gwiżdżą.
Chodzą, czekają na rzecz obcą, rzecz inną.
A tymczasem przed lustrem kłaniają się i mizdrzą,
Ziewają, połykają senność pustynną.
Będzie burza, w miasteczku sino, koguty pieją.
Fryzjerzy się boją, chodzą prędko - już grzmi,
Fryzjerzy płaczą, fryzjerzy śpiewają, fryzjerzy szaleją,
Zwalniają kroku i nagle chodzą a ralenti.
Podnoszą ręce bardzo powoli, bardzo powoli,
Kręcą głowami bardzo powoli i chodzą z łaski.
I niemym szeptem ruszają ustami, wpatrzeni w stolik,
W niklowy przedmiot, który ich urzekł śmiertelnym blaskiem.
A teraz się wiją, włażą na ściany, ulewę słyszą,
A teraz się płaszczą przed lustrem zdumionym - "patrz! tam! tam!"
Fryzjerzy tańczą, fryzjerzy krzyczą, w powietrzu wiszą
I aniołami fruwają w głębi lustrzanych ram.
Tadeusz Kubiak
POTOMNI
Na okarynach będą grali,
na wydłużonych czaszkach dzieci,
na pustej kości przedramienia,
na wysączonym z szpiku flecie.
I gwizdać będą na źdźbłach trawy,
dmuchać przez palce skoczne tony,
i rzęzić będą na grzebieniach,
wydartych z włosów nieruchomych.
Na nagich brzuchach będą bębnić,
na naprężonej, śliskiej skórze,
ażeby ślepi usłyszeli,
że warto było dla nich umrzeć.
Ewa Lipska
***
dokąd doszliśmy. Tu się rozwiązały
koniec z początkiem. Przekłady Homera
na brzegu siedząc przeglądamy teraz.
Nikt nie przypływa teraz po nas. Puste oceany.
Spokój gwałtowny. Może to już sierpień.
Może strach. Rozegrany przez nas umiejętnie.
Jest mi tak jakby już było za późno.
Może to sierpień zawsze dojrzewa na drzewach.
Nikt nie przypływa. Homerycki żart
i wiatr z kamieni nam wróży jak z kart
Nikt nie przypływa
Stanisław Staszewski
KNAJPA MORDERCÓW
Nie szukaj drogi, znajdziesz ja w sercu...
Smutna jest knajpa byłych morderców.
Niech Cię nie trwożą, gdy do niej wkroczysz,
Płonące w mroku morderców oczy.
Nieważny groźny grymas na gębie,
Mordercy mają serca gołębie.
Band, armii, gangów i czarnych sotni,
Wczoraj - rycerze, dziś - bezrobotni.
Pustką i chłodem wieje po kątach,
Stary morderca z baru szkło sprząta,
Szafa wygrywa rzewne kawałki,
Siedzą mordercy, łamią zapałki.
Czasem twarz obca mignie - i znika,
Zaraz się dźwignie ktoś od stolika,
Wróci nazajutrz z miną nijaką,
Bluźnie na życie, postawi flakon.
Każdy do niego zaraz się tłoczy,
Wkrąg nad szklankami błyskają oczy
I zaraz każdy lepiej się czuje:
Jeszcze morderców ktoś potrzebuje!
Może nareszcie któregoś ranka
Znowu się zacznie wielka kocanka
I wrócą chwile godne zazdrości,
Znów płacić będą za przyjemności.
Znów w dłoni, zamiast płaskiej butelki,
Znany kształt kolby od parabelki.
A w końcu palca wibruje skrycie,
Jak łaskotanie: tu śmierć, tu życie...
Wracajcie, słodkie chwały godziny,
Sławne gonitwy i strzelaniny.
Tak tylko można znowu być młodym -
Zabić - i z dumą czekać nagrody.
W knajpie morderców gryziemy palce,
Żądze nas dręczą i sny o walce.
Ale któż dzisiaj mordercom ufa? -
Więc srebrne kule śpią w czarnych lufach.
Zmazując barwy lasom i polom
Mknie balon nocy z knajpy gondolą.
Kiedyś tak jasno, a dziś tak ciemno -
Wroga nie widzę, wroga przede mną.
Rwie łeb od tortur alkoholowych,
Lecz wśród porcelan i rur niklowych
Człowiek się znowu czuje półbogiem,
Bo oto stoi twarzą w twarz z wrogiem.
Kula jak srebrna żmija wyskoczy,
W lustrze nad kranem zagasną oczy,
Ciała morderców skry potu zroszą,
Gdy milcząc ciało za drzwi wynoszą...
Gdy bije północ!
Wisława Szymborska
OBÓZ GŁODOWY POD JASŁEM
Napisz to. Napisz. Zwykłym atramentem
na zwykłym papierze: nie dano im jeść,
wszyscy pomarli z głodu. Wszyscy. Ilu?
To duża łąka. Ile trawy
przypadło na jednego? Napisz: nie wiem.
Historia zaokrągla szkielety do zera.
Tysiąc i jeden to wciąż jeszcze tysiąc.
Ten jeden, jakby go wcale nie było:
płód urojony, kołyska próżna,
elementarz otwarty dla nikogo,
powietrze, które śmieje się, krzyczy i rośnie,
schody dla pustki zbiegającej do ogrodu,
miejsce niczyje w szeregu.
Jesteśmy na tej łące, gdzie stało się ciałem.
A ona milczy jak kupiony świadek.
W słońcu. Zielona. Tam opodal las
do żucia drewna, do picia spod kory -
porcja widoku całodzienna,
póki się nie oślepnie. W górze ptak,
który po ustach przesuwał się cieniem
pożywnych skrzydeł. Otwierały się szczęki,
uderzał ząb o ząb.
Nocą na niebie błyskał sierp
i żął na śnione chleby.
Nadlatywały ręce z poczerniałych ikon,
z pustymi kielichami w palcach.
Na rożnie kolczastego drutu
chwiał się człowiek.
Śpiewano z ziemią w ustach. Śliczną pieśń
o tym, że wojna trafia prosto w serce.
Napisz, jaka tu cisza.
Tak.
Miron Białoszewski
PO NITCE...
Po nitce
zaglądam w kąt
zwinięta w kłębek
nieskończoność
ja palcem na nią
ona syczy
uciekać!
ratunku!
nie ma
Janusz Mrzigod
WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ
to była długa podróż
od opuszczenia dziedzicznych cmentarzysk
przez blade wydmy
jeden skok poprzez ocean
lecz tak naprawdę wycieczka
zaczęła się gdy przekraczaliśmy góry
gdzie nasz ślepy towarzysz śmierć
niejednemu położył dłoń trójpalczastą
na ramieniu
kilka razy opadły nas italskie muchy
więc przepędzaliśmy je
palcami spuchłymi od
ukąszeń
gdy na przedmieściach rzymu rozbiliśmy obóz
na niezasłużony odpoczynek
kapuańskie dziwki pozbawiły cnoty
naszą czystą ideę
pokonał nas stręczyciel mariusz
na koniec kolumnom nóg
przyszło miażdżyć głowy
gladiatorów
Stanisław Grochowiak
ROZMOWA O POEZJI
Od - do Lieberta...
D z i e w c z y n a:
Czy pan ją widzi? Czy ona się śni?
Czy też nadbiega - nagła jak z pagórka?
P o e t a:
Ona wynika z brodawek ogórka...
D z i e w c z y n a:
Pan kpi.
Pan ją jedwabnie - pan ją jak motyla
Po takich złotych i okrągłych lasach...
To jest jak z Dafnis bardzo czuła chwila...
P o e t a:
Owszem. Jak ostro
Całowany tasak.
D z i e w c z y n a:
Rozumiem pana. Z wierzchu ta ironia,
A spodem czułość podpełza ku sercu...
P o e t a:
Dlaczego z pani jest taka piwonia,
Co chce zawzięcie być butelką perfum?...
Tadeusz Kubiak
CHCIAŁEM OPISAĆ
Chciałem opisać żaglowiec
na obraz i podobieństwo
białoskrzydłej, kolumbowej
Santa Marii.
Zamknąłem oczy, jak kiedyś,
w dzieciństwie na ławie szkolnej,
gdy nauczyciel kazał
opisać nam -
las.
A działo to się w kamiennym mieście,
gdzie wprawdzie były skwery i parki,
a na przedmieściach wokoło domów
ogrody z drzewami.
Lecz las był lasem.
Bezsilnie gryzłem
drewniane pióro,
ciężkie jak ołów,
nieskore do lotu
w nieznany matecznik.
Zamknąłem oczy, jak kiedyś,
zamknąłem oczy, jak gdybym
czekał na objawienie...
Pod powiekami płynęły
czarne wraki okrętów,
stalowe trumny
minionej wojny.
Radosław Kobierski
LATO 1982
czerwiec, piąstki owoców, wielki targ
na szosie chełmińskiej,
umierał dziadek, skrzela dziadka poruszały się
bezgłośnie, teraz znowu wstępował w wodę.
i nacie pomidorów usychały, szklarnie
z daleka wyglądające jak bakterie słoneczne.
ptak obwieszczał godzinę jak listę rozstrzelanych.
wszystkie zakazane miejsca nagle
stały się takie łatwe, dostępne.
nudą wiało od szuflad, zegarów,
sprzedawaliśmy wszystkie rzeczy dziadka
na targu przy chełmińskiej: skrzypce, pióro,
ordery z wojny bolszewickiej.
szły jak śmierć dziadka i taniej niż pomidory.
Do swojej własności
Norbert Kulesza
MARTA I MARIA
Na zapodeszwionych trotuarach
szukam cię piętaszkowy śladzie
W gniazdach sępów
szukam cię odmałżowiona perło
W nocnych barach
szukam cię roso poranna
W tłumie Mart
szukam cię Mario
Julian Tuwim
WSPOMNIENIE
Mimozami jesień się zaczyna
Złotawa, krucha i miła
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna
Która do mnie na ulice wychodziła
Od twoich listów pachniało w sieni
Gdym wracał zdyszany ze szkoły
A po ulicach w lekkiej jesieni
Fruwały za mną jasne anioły
Mimozami jesień się zaczyna
Nieśmiertelnik - żółty październik
To ty, to ty moja jedyna
Przychodziłaś wieczorem do cukierni
Z przemodlenia, z przemodlenia senny
W parku płakałem szeptanymi słowy
Młodzik z chmurek prześwitywał jesienny
Od mimozy złotej - majowej
Ach czułymi, przemiłymi snami
Zasypiałem z nim gasnącym poranku
W snach dawnymi bawiąc się wiosnami,
Jak tą złotą, jak tą wonną wiązanką.
Andrzej Bursa
PANTOFELEK
Dzieci są milsze od dorosłych
zwierzęta są milsze od dzieci
mówisz że rozumiejąc w ten sposób
musze dojść do twierdzenia
że najmilszy jest pierwotniak pantofelek
no to co
milszy mi jest pantofelek
od ciebie ty skurwysynie
Wisława Szymborska
DWIE MAŁPY BRUEGLA
Tak wygląda mój wielki maturalny sen:
siedzą w oknie dwie małpy przykute łańcuchem,
za oknem fruwa niebo
i kąpie się morze.
Zdaję z historii ludzi.
Jąkam się i brnę.
Małpa wpatrzona we mnie, ironicznie słucha,
druga niby to drzemie -
a kiedy po pytaniu nastaje milczenia,
podpowiada mi
cichym brząkaniem łańcucha.
Konstanty Ildefons Gałczyński
WRÓCI WIOSNA, BARONOWO
Mówisz, że cię miłość mierzi,
zmierź mnie sobie, wołasz, zmierź!
Spójrz, powiadasz, to są piersi.
Kogóż natchnie taka pierś?
A ja twierdzę: - Baronowo,
wkrótce minie zima, a
z wiosną zaczną się na nowo
nasze słodkie TRULLA LA.
Znowu będę twój Don Diego,
znowu księżyc, znowu bzy,
jak u Pawła Żeraldiego
sitwa zmysłów: "Ja i TY".
I nie powie stary baron
więcej do mnie paszoł won,
nie wypchnie na bruk z gitarą,
bowiem w grobie leży on.
Czarna kryje go pydżama,
biedak gonił resztką sił,
tak jak stał, w salonie zamarzł,
bo lufcik otwarty był.
Zły baronie, dobrze tak ci!
chciałeś naszą miłość zgnieść,
nasze słodkie koci - łapci,
że tak powiem, naszą płeć.
Na złość tobie wiosną Amor,
co sekrety różne zna,
ukołysze nas tak samo
w tym najsłodszym TRULLA LA.
*
Aktualnie jeszcze zima
(jakże nie lubimy zim!)
nasze zmysły w karbach trzyma
i rozkwitnąć nie da im;
ba, przez całą Europę,
zimno! krzyczy dziad i wnuk.
I zawieszam się jak sopel
pod okapem twoich nóg.
Lecz się nie martw, baronowo,
już przemija zima zła,
rozpoczniemy ach! na nowo
nasze słodkie TRULLA LA.
*
Dziś widziałem, to nie farsa
(Dosyć mamy takich fars!),
jak jamniczek twój zamarzał,
"ziuziu" krzyczał, łkał i marzł;
więc go wziąłem na rączyny,
owinąłem w ciepły puch.
O, jamniczku mój jedyny,
wycierpiałeś się za dwóch!
Na pierś twoją marmurową
chodź, jamniczku, gdy ci źle.
A ty właśnie, baronowo,
swym jamniczkiem zowiesz mnie.
*
Czemu dni wesołe nie są,
czemu z oka płynie łza?
Cierpliwości, baronesso,
jeszcze miesiąc, jeszcze dwa,
a powrócą nasze święta
(jak najprędzej pragnąłbym),
szał zmysłowy się rozpęta,
huknie harfa: rym cym cym,
i pochłonie przepych kanap
purpurowe serca dwa.
W górę uszy, ukochana,
TRULLA, TRULLA, TRULLA LA.
Nick Cave
KRZESŁO ŁASKI
(tłum. Aleksander i Roman Kołakowscy)
Zaczęło się wszystko,
Gdy z domu mnie wzięli
I w celi śmierci zamknęli
Więc powtórzyć wam chcę:
Jestem prawie niewinny, nie
Śmierć nie przeraża mnie
Przedmioty tłem się stały
Bezkształtem zabijały
Podejmę ten wysiłek
Ostatni zjem posiłek
Przyprawia mnie o mdłości
Mięso z dodatkiem kości
I twarz Jezusa w zupie
Wytrzeszcza oczy trupie
A krzesło łaski już czeka
I czuję jak głowa mi pęka
I tęsknię za tą chwilą
Gdy test na prawdę skończy się
Za oko oko, ząb za ząb
Nikt mi nie zajrzy w duszy głąb
Śmierć nie przeraża mnie
Chcę zapamiętać każdy znak
Choć jej szczególnych znaków brak
Bo pustka nie ma blizn i ran
Składa się z zimnych, czarnych ścian
Gdzie mi przenika dreszczem kark
Dotknięcie nierealnych warg
Dotknięcie lodowatych, zbielałych warg
Wciąż słyszę różne historie
O tym jak się Chrystus narodził
W stajni, potem skonał na krzyżu,
By zbawić biedaków i cały świat
Ten gość z zawodu cieślą był
Opowiadają mi jak żył i jak w kłopoty wpadł
Gdy prawą ręką wkłuwałem Z.Ł.O.
W tatuaż jej siostry lewej
Żaden z palców nie protestował
A przynajmniej ja nic o tym nie wiem
Gdzieś tam na niebie wysoko
Lśni Boga tron szczerozłoty
U stóp ma arkę przymierza
Losem świata może kierować sam
Na moim tronie z prądem drut
Zamienia ciało w popiół, w brud
Dziś Bogu szansę dam
Na krześle łaski zasiadam
Drut nagą głowę oplata
Jestem jak ćma,
Która szuka szczęścia w ogniu,
Co w proch zmieni ją
Gdy ciało się zaczyna tlić
To śmierć schronieniem może być
Perfidną z bólem grą
Choć dłoń mordercza jest podła
Ta druga mogła być dobra
Obrączkę na niej nosiłem
Narzędziem tortur ból dławiłem
A krzesło łaski już czeka
I czuję jak głowa mi płonie
I tęsknię za tą chwilą
Gdy mierzenie prawdy skończy się
Za oko oko, ząb za ząb
Niech zamiast czasu płynie prąd
Śmierć nie przeraża mnie
A krzesło łaski już płonie
I czuję jak głowa się jarzy
I czekam wciąż z nadzieją,
Że ważenie prawdy skończy się
Za oko oko, ząb za ząb
Niech zamiast krwi popłynie prąd
Śmierć nie przeraża mnie
A krzesło łaski się jarzy
I czuję jak głowa mi dymi
I czekam niecierpliwie
Że spojrzenia wrogie odwrócą się
Za oko oko, to wasz błąd
Nic mi nie udowodnił sąd
A jednak skazał mnie
A krzesło łaski już dymi
I czuję jak głowa topnieje
Przestańcie prawdą żonglować
Niech te relacje skończą się
Za kłamstwo kłamstwo, fakt za fakt
Wszystko stracone już i tak
Śmierć nie przeraża mnie
A krzesło łaski topnieje
A krew w tętnicach zawrzała
Ach jak ich rozczarowałem
Gdy w sprawiedliwość bawili się
Za dobro dobro, zło za zło
Wyznałem całą prawdę mą
Śmierć nie przeraża mnie
A krzesło łaski już czeka
I czuję jak głowa mi płonie
I tęsknię za tą chwilą
Gdy wreszcie wrabiać przestaną mnie
Za życie życie, fakt za fakt
Dojść już nie zdołacie, bo i jak?
Czy kłamię wciąż czy nie...
A krzesło łaski już czeka
I czuję jak głowa mi pęka
I tęsknię za tą chwilą
Gdy skończy się na prawdę test
Za oko oko, ząb za ząb
Przeraża popełniony błąd
To kłamstwo prawdą jest!
Krzysztof Kamil Baczyński
BALLADA O TRZECH KRÓLACH
Tajemnicę przesypując w sobie
jak w zamkniętej kadzi ziarno,
jechali trzej królowie
przez ziemię rudą i skwarną.
Wielbłąd kołysał jak maszt,
a piasek podobny do wody;
i myślał król: "Jestem młody,
a nie minął mnie wielki czas.
I zobaczę w purpurze rubinów
ogień, siły magiczny blask;
może stanę się mocniejszy od czynów
przez ten jeden, jedyny raz".
Tygrys prężył siłę jak wąż,
mięśnie w puchu grały jak harfa.
Na tygrysie jechał drugi mąż,
siwą grzywę w zamyśleniu szarpał.
"Teraz - myślał - po latach tylu,
gdy zobaczę, jak płomienie cudu drżą,
moje czary skarbów mi uchylą,
moje wróżby nabiegną krwią.
Ziemia pełna jak złoty orzech,
pęknie na niej skorupy głaz,
usta jaskiń diamentowych otworzy
przez ten jeden, jedyny raz."
Trzeci król na rybie
wielkiej jak wyspa jechał
przez stepy podobne szybie
błękitnej pod wiatru miechem.
Nucił: "Po latach stu
kwiat początku i końca ogień
w jedno koło związanych nut
gdy zobaczę, sam się stanę Bogiem.
W suche liście moich ciemnych ksiąg
spłynie mądrość odwiecznych gwiazd
i osiądzie w misie moich rąk
przez ten jeden, jedyny raz".
A w pałacach na lądach zielonych,
co jak sukno wzburzonej fali,
mieli króle trzej błękitne dzwony,
w których serca swe na co dzień chowali.
A tak śpiesznie biegli, że w pośpiechu
wzięli tylko myśli pełne grzechu.
Więc uklękli trzej królowie zadziwieni,
jak trzy słupy złocistego pyłu,
nie widząc, że się serca trzy po ziemi
wlokły z nimi jak psy smutne z tyłu.
I spojrzeli nagle wszyscy trzej,
gdzie dzieciątko jak kropla światła,
i ujrzeli, jak w pękniętych zwierciadłach,
w sobie - czarny, huczący lej.
I poczuli nagle serca trzy,
co jak pięści stężały od żalu.
Więc już w wielkim pokoju wracali,
kołysani przez zwierzęta jak przez sny.
Wielbłąd z wolna huśtał jak maszt,
tygrys cicho jak morze mruczał,
ryba smugą powietrza szła.
I płynęło, i szumiało w nich jak ruczaj.
Powracali, pośpieszali z wysokości
trzej królowie nauczeni miłości.
Rainer Maria Rilke
SAMOTNOŚĆ
Samotność jest jak deszcz z morza w przestworze
wznosi się ku wieczorom nad równin bezdroże,
płynie ku niebu i o każdej porze
niebo ją w sobie odwiecznie posiada
dopiero później stąd na miasto spada.
Pada w godzinach dwuznacznych nad ranem
gdy wchodzi w świt ulica za ulicą
gdy ciała co się nie znalazły w sobie,
stronią odległe i rozczarowane
i kiedy ludzie co się nienawidzą muszą ze sobą spać we wspólnym łożu.
Wtedy samotność płynie z rzekami ku morzu.
Tadeusz Kubiak
PORTRET RĄK
Wyszedł z szczeliny światła. Siadł przy stole.
Położył ręce na stół. Przymknął oczy.
Nie, nie będziemy rzeźbili tych dłoni.
Zrobiły to już dwie wojny światowe
i niezliczone ilości pór roku.
Dziesięciu palcom nic ująć, nic dodać.
Takie być muszą - w tym, co utraciły,
w tym, że niczego się nie spodziewają,
nic nie odmienią.
Pełne są?
puste?
- leżące na stole
dłonie śpiącego.
Gniazda jaskółek ścierniałą jesienią.
Janusz Mrzigod
NIEZBYT POWAŻNY WIERSZ O TYM,
CO MĘŻCZYŹNIE ZDAJE SIĘ O KOBIECIE
Gosi i Tadkowi
I . Kiedy dziewczyna przychodzi na świat,
w niebie mężczyzn odbywa się święto.
Oto zbliża się nowe zmartwychwstanie,
powrót do nienarodzonego łona,
skąd wszyscy zostaną wypchnięci na świat,
jak w przepaść
II. Kiedy dziewczyna przemienia się w kobietę,
pisze podanie do chłopca przemieniającego się
w mężczyznę. On najczęściej rzuca je w kąt,
nie widzi przezroczystych liter,
spoglądających z jej oczu,
pisanych ciałem w powietrzu.
W końcu zmiętą kartkę podnosi i rozpatruje
jakiś starzec
III. Kiedy kobieta zmienia się w staruszkę
wszyscy mężczyźni umierają.
Idą do samotnego nieba mężczyzn jak donikąd.
Kiedy staruszka umiera,
śmierć zakrywa oczy, zapalając na bezdrożach
nową gwiazdę
Zuzanna Ginczanka
BALLADA O KRYTYKACH POEZJĘ WERTUJĄCYCH
Przyszedł krytyk i rzekł: "Podejrzane -
za tym rymem, proszę panów, za tym rymem
coś wyraźnie zalatuje Leśmianem,
a ponadto, powiedziałbym, Tuwimem."
Przyszedł drugi i trzeci, i czwarty,
i zaczęli węszyć nosem i wyliczać -
z awangardy, proszę panów, z awangardy
w pierwszym rzędzie wymienili Czechowicza.
Wytoczywszy wszystkie swoje na to racje,
noc śródmiejską przy kieliszku poszli zbadać -
takie właśnie, a nie inne dekoracje
przewiduje o północy ta ballada.
Siedli w knajpie, gdzieś pod oknem i księżycem,
i po każdym wypalonym papierosie
podejrzliwie wyglądali na ulicę
i węszyli księżycowe pismo nosem.
A że była właśnie wiosna, z chytrą miną
nagle stwierdza imć pan Kalikst Kolasiński,
że ta wiosna, proszę panów, i to wino
najwyraźniej zalatuje mu Wierzyńskim.
Na to stwierdził imć pan Filip Filipowski,
że te gwiazdki i ten księżyc tam na boku
są pod wpływem niewątpliwie Pawlikowskiej,
co od dawna należało mieć na oku.
Słysząc wszystkie te i inne rewelacje,
gniewny diabeł wysiadł z trzaskiem z swej karocy
- takie właśnie, a nie inne dekoracje
przewiduje ta ballada o północy. -
i dosypał do kieliszków szczyptę cjanu,
jadowicie mędrkującą brać ugościł -
nic dziwnego w tym nie widzę, proszę panów,
są granice nawet diablej cierpliwości.
I męczyli się krytycy ciemną nocą,
a męczyli się z powyższych oto przyczyn:
nie wiedzieli, co ze śmiercią swoją począć
i do rzędu jakich śmierci ją zaliczyć -
aż pomarli, odetchnąwszy nieco raźniej,
gdy nad rankiem ktoś bystrzejszy z nich wyszeptał:
"Nasza śmierć jest zerżnieta naj-wy-raź-niej
z motywów
Bertolta
Brechta."
Andrzej Waligórski
ZACHWYCENIE
Gdy czasem młoda polonistka,
Taka naiwna, piękna taka,
Egzaltowana, świeża, czysta
Że chciałoby się siąść i płakać -
Więc gdy ta polonistka właśnie
Dublując młodopolskie pozy
Wybiegnie o porannym czasie
Boso, na łąkę między brzozy,
Poigra z pliszką i skowronkiem
Albo z pudliszką i z biedronką,
Przywita ze wschodzącym słonkiem
Wołając: - Witaj jasne słonko!
Z róż i powojów splecie wieńce,
Pomacha ręką do motyla,
Kraśnym obleje się rumieńcem
Widząc jak pszczółka kwiat zapyla,
Coś z pani Santor zanuci,
Wyrecytuje coś z Asnyka,
A potem bardzo się zasmuci,
Że brzydki bocian żabkę łyka,
I chcąc przykucnąć nad jej trupem,
Któremu bocian już łeb urwał,
Wlezie tą bosą nogą w kupę
I wyda okrzyk: - Ożesz kurwa!
To, jeśli byłbym na tej łące
Naocznym świadkiem tego zgrzytu,
Jak jestem facet niepijący -
Pół litra wychlałbym z zachwytu!
Wisława Szymborska
URODZONY
Więc to jest jego matka.
Ta mała kobieta.
Szarooka sprawczyni.
Łódka, w której przed laty
przypłynął do brzegu.
To z niej się wydobywał
na świat,
na niewieczność.
Rodzicielka mężczyzny,
z którym skaczę przez ogień.
Więc to ona, ta jedyna,
co go sobie nie wybrała
gotowego, zupełnego.
Sama go pochwyciła
w znajomą mi skórę,
przywiązała do kości
ukrytych przede mną.
Sama mu wypatrzyła
jego szare oczy,
jakimi spojrzał na mnie.
Więc to ona, alfa jego.
Dlaczego mi ją pokazał.
Urodzony.
Więc jednak i on urodzony.
Urodzony jak wszyscy.
Jak ja, która umrę.
Syn prawdziwej kobiety.
Przybysz z głębin ciała.
Wędrowiec do omegi.
Narażony
na nieobecność swoją
zewsząd,
w każdej chwili.
A jego głowa
to jest głowa w mur
ustępliwy do czasu.
A jego ruchy
to są uchylenia
od powszechnego wyroku.
Zrozumiałam,
że uszedł już połowę drogi.
Ale mi tego nie powiedział,
nie.
- To moja matka -
powiedział tylko.
Bolesław Leśmian
ALCABON
Był na świecie Alcabon. Był, na pewno był!
O brzóz przyszłość wiódł z mgłami walki nieustanne.
Próżnię życia na karku dźwigał z całych sił!
"Tere - fere!" - tak śpiewał,
Gdy się śmierci spodziewał,
Aż pokochał osiadłą na strychu Kuriannę.
Dur go pchał wzwyż po schodach. Dur, na pewno dur!
We łbie miał złote mroczki i srebrne zamiecie,
Gdy wspinając się ku niej, dawał baczny zór
Na czar, co się po cichu
Tak utrwalał na strychu,
Jakby miejsca zabrakło gdzie indziej na świecie.
W drzwi uderzył oburącz. W drzwi, na pewno w drzwi!
Ktokolwiek w drzwi kołacze - niech wejdzie i kocha!
Kurianna, jak Kurianna... Śni raczej, niż drwi...
Na barłogu - od środka
Patrzy duża i słodka -
Lgnie do niej ufna ciału koszula - ciasnocha.
Znój mu wargi przynaglił! Znój, na pewno znój!
Szedł do niej po ciemnościach, jak wicher po łanie!
Kto ma oczy - niech widzi! Był ich cały trój:
On i barłóg, i ona,
I wyrychlił ramiona,
By ją porwać na trwałe wbrew światu kochanie!
Biel jej ciała przywłaszczał. Biel, na pewno biel!
A chłonęła go w siebie ciszkiem, jak mogiła,
Poznał, czym jest czar nocy, szept i chętna ściel,
I tak skochał dziewczynę,
Że wołała w mrok: "Ginę!" -
Bo się pierwszej miłości niechcący broniła.
Gil jej w uszach zadzwonił. Gil, na pewno gil!
Tak tętniła krwią śpiewną, tak drżała w głąb chcenia...
Zdzierż szczęście!... Nie zdzierżyła!... Ledwo kilka chwil!...
Nienawykła do czaru,
Zmarła z westchnień nadmiaru,
Umierając, nie miała nic do powiedzenia!
Strych zawinił wszystkiemu! Strych, na pewno strych!
Z jego wyżyn dał w nicość nura bezpowrotnie -
Zaśmiał się w samo niebo, a przy ziemi ścichł,
Pilnej śmierci cios tępy
Duszę rozpruł na strzępy,
Aż się z niej wysypały skarby dożywotnie!
Piach się z duszy wysypał! Piach, na pewno piach!
Ten, co w podróż się złoci do zorzy, gdy kona -
Bochen chleba w gwiazd wieńcu - skrót pałacu w mgłach -
Rzęsa Boża - dwie pszczoły -
I trzy z wosku anioły.
Czego tylko nie było w duszy Alcabona!
Marcin Świetlicki
MARNOWANIE
Rozpierdoliłaś mi wakacje.
Na stacji stoję sam.
Rozpierdoliłaś mi wakacje.
Na stacji stoję sam.
Być może miałaś jakieś racje.
Lecz cała miłość na marne.
Miłość na marne.
Kiedy pociąg wjeżdża na stację,
pracownik kolejnictwa mi w oczy patrzy.
Ma wyraz oczu taki jak ty.
Lecz ty rozpierdoliłaś mi wakacje.
Cała miłość na marne.
Na marne.
Jest tylko jedno światło dla mnie.
Światło jest czerwone.
Rozpierdoliłaś mi wakacje.
Odjeżdżam w swoją stronę.
I zanim znów się łudzić zacznę
wiem: cała miłość na marne.
Na marne
Tadeusz Kubiak
STWORZENIE ŚWIATA
Według Jego Świątobliwości
arcybiskupa Ushera z Irlandii
z roku 1654,
23 października
cztery tysiące cztery lata
przed narodzeniem Chrystusa
o godzinie dziewiątej rano -
myśl zmieniła się w rzecz,
oddzieliło się światło od mroku,
wody ziemi od dżdżu i obłoków,
czyli Bóg stworzył Świat.
21 grudnia 1971 lat
po narodzeniu Chrystusa,
schylony nad kalendarzem,
pod świecą staroświecką,
jeszcze nie starzec,
ale już dawno umarłe dziecko -
dnia nie znajduję jednego, nad którym
nie zamykałyby się ciężkie chmury,
nie powiewały nad otwarte groby
czarne chorągwie bezsilnej żałoby,
czyli codziennie umierał Świat.
Tak umarł świat mego dziada,
męża o wąsach jak białe kruki,
tak umarł Świat mojej babki,
zdobnej w cygańskie kolczyki,
tak umarł Świat mego ojca,
śmiercią przeczutą w obozie, w Nadrenii,
tak umarł Świat mojej matki,
wdziewającej szatę do szpitala,
Świat mego pierworodnego,
ledwo obeschły z połogu i łez.
A ile mógłbym jeszcze,
nie zdmuchując świec,
przy których rozmyślam,
wyliczyć zgonów Świata
bliższych i dalszych krewnych,
moich przyjaciół i wrogów,
polityków, sędziów i skazańców,
znajomych i nieznajomych,
kobiet, mężczyzn i dzieci,
na ziemi i na wodzie,
w łóżkach i w okopach,
pod kołami pojazdów
i w objęciach kochanek.
21 grudnia 1971 lat
po narodzeniu Chrystusa
o godzinie 7,46,
czyli o wschodzie słońca,
zgodnie z komunikatem radiowym,
rzecz oddziela się od myśli,
ciałem staje się słowo.
Zaprawdę wiem, że Świat
codziennie się stwarza na nowo.
Josif Brodski
PIOSENKA
Szkoda, że cię tu nie ma,
szkoda, kochanie.
Siedziałabyś na sofie,
ja - na dywanie.
Chustka byłaby twoja,
moja - kapiąca łza.
Albo może na odwrót:
płacz ty - pociecha - ja.
Szkoda, że cię tu nie ma,
szkoda, kochanie.
Prowadząc wóz, dłoń kładłbym
na twym kolanie,
udając, że je mylę
z dźwignią, gdy zmieniam bieg.
Wabiłby nas nieznany
lub właśnie znany brzeg.
Szkoda, że cię tu nie ma,
szkoda, kochanie.
Srebrny księżyc na czarnym
nieba ekranie
na przekór astronomom
oddawałbym co noc
na żeton na automat,
by usłyszeć twój głos.
Szkoda, że cię tu nie ma,
na tej półkuli -
myślę, siedząc na ganku w letniej koszuli
i z puszką "Heinekena".
Zmierzch. Krzyk mew. Liści szmer.
Co za zysk z zapomnienia,
jeśli tuż po nim - śmierć?
Krzysztof Jaworski
PAMIĘCI KRZYSZTOFA JAWORSKIEGO
Nie, nie umarł Krzysztof Jaworski, żyje. Jest
ciałem w martwej przestrzeni, które porusza się z umiarkowaną
prędkością, rozstawiając stopy na odległość około 80 cm,
macha rękami, zwykle lekko przygarbiony, z oczami węszącymi
po ziemi, chodzi, znajdując tym sposobem drobne przedmioty:
żetony telefoniczne, banknoty stuzłotowe, stare żyletki.
Krzysztof Jaworski, zatarty napis na karcie choroby.
Dwudziestego któregoś miało mu się odmienić (dziesiątego?)
życie, jednak jak dotąd nie zanotowano poprawy. W związku
z tym krótkotrwały pobyt w miejscu dla Krzysztofów
Jaworskich. Żadnych szczegółów intymnych, jedynie
powierzchowna dokumentacja sporządzona w pośpiechu przez
niekompetentnych biografów. Krzysztof Jaworski, rozpadający
się przedmiot w zbutwiałym pomieszczeniu. Chłód wyciąga
szyję, światło paraliżuje. Powiadają, że śnią mu się
pustynie pełne zasadzonych dowodów osobistych, na niebo
wschodzi jego zdjęcie z dowodu osobistego i zaraz zachodzi;
w ręku trzyma atlas świata dla szkół podstawowych, Krzysztof
Jaworski - osobny rozdział w geografii ludzkości.
Krzysztof Jaworski, ziemia, woda, powietrze i chorobliwe
niezadowolenie. Fikcyjne imię i fikcyjne nazwisko z księgi
zagubionych imion i nazwisk. Kurz lgnie do bezbronnych
przedmiotów, dookoła mówią o wojnie lub "Zróbmy coś w imię
pokoju". W imię pokoju Krzysztof Jaworski wypija jedno,
dwa piwa, wyłącza telewizor, nie wymienia baterii w zegarku.
Otacza się przedmiotami i to nie jest dobrze. Sądzi,
iż każdy powinien oddać coś w imię pokoju i żyć
w samotności na chwałę wszechświatowej rewolucji ducha
- Krzysztof Jaworski, dwa zdania w barze "Oaza"
na temat upadku współczesnej poezji. Poza tym ma jeszcze
kilka sprecyzowanych poglądów na różne okazje.
Tak naprawdę nikt nie czeka na jego telefon.
Krzysztof Jaworski nie jest aniołem. Gdyby był aniołem,
byłby pierwszym na świecie aniołem o twarzy wieśniaka.
Tak przynajmniej twierdzi jego żona, kiedy opowiada o tym,
co mówią o Jaworskim jej koleżanki. Niestety, Jaworski nie
jest aniołem, na przykład wrzuca pietruszkę do zlewu.
Zdaniem pewnego fryzjera z rodziny Jaworskiego, Jaworski
jest pochodzenia żydowskiego, bezustannie dybie na kościół
katolicki i katolickich księży, tak przynajmniej fryzjer
przeczytał w gazecie dla fryzjerów. Zdaniem pewnego,
nie znanego Jaworskiemu, psychologa, Jaworski ma
nie zrealizowane i głęboko ukryte marzenia seksualne. Zdaniem
osób, które stykają się z Jaworskim na co dzień, nie jest
on zupełnie normalny. Zdaniem większości jest zboczony.
Zdaniem mniejszości jest pospolitym niemotą. Oto
co zwykle mówi o Jaworskim jego żona: "Kawał skurwysyna,
nietolerancyjny, pozbawiony wszelkich uczuć, oprócz
nienawiści". Chyba go nie lubi. I komu tu wierzyć?
Sam Jaworski twierdzi, że jest fryzjerem, pisze nawet książki
o fryzjerach pod tytułem "Dzieło i śmierć geniusza",
poważnie. Czasem wyrywają go do odpowiedzi: "Jaworski,
co wiecie o wieczności?" A on nic nie wie o wieczności,
a tylko dowiaduje się z dobrze poinformowanego źródła,
jak trudno się oprzeć młodym lesbijkom. (Później zastanawia
się jak to jest ze starymi?) No, no, kiwa Jaworski głową
ze zdumienia, marnotrawiąc swój umysł na prawdy
doczesne. Wolność, równość, braterstwo i Krzysztof Jaworski,
Quasimodo klasy robotniczej. Kiedy wybuchła wojna miał minus
dwadzieścia siedem lat i nie mógł wsławić się chwalebną
śmiercią w walce z okupantem, będzie go to prześladować.
Pozwala sobie na żarty, za które powinno się palić,
ten Krzysztof Jaworski, brakujące ogniwo w nie wymyślonej
przez nikogo teorii. Krzysztof Jaworski, dwadzieścia cztery
puste butelki po piwie, alkoholizm odziedziczył w genach
(a może panteizm?). Kto z was go widział, niech podniesie
rękę. Radzono mu, żeby się powiesił albo zastrzelił, a on nie
wie gdzie leży Poznań albo Bydgoszcz. Lubi za to słuchać
opowieści o dwustu bezużytecznych wiadrach. Czy kogoś takiego
można traktować poważnie? Zaburzona symetria, człowiek o
czterech adresach, wbity w życie jak w przyciasny garnitur.
Ze wzruszenia chce mu się rzygać, a od wódki płakać. Mówiłem,
że to nie jest normalne. Głośno, wyraźnie: niebo poruszyć
wargami, ziemia jeży sierść, łamią się przeguby
dni. Jak zaraza, na którą znajdzie się lekarstwo. Drzewa
unoszą skrzydła. Mówi, że jest drzewem i skrzydłami i tańczy
w płomieniach. Tak mówi:
Tańczę w płomieniach. Głośno, wyraźnie.
Julian Tuwim
BALLADA STAROFRANCUSKA
1
Żył raz
Elon lanler liron
Elon lanla bibon bonbon
Ebon lilon lanler
Żył raz
Liron elon lanler
Lalon lila bibon bonber
Żył raz na świecie
Lanlanler
Zegarmistrz Jean Fracasse,
Elon lanler
Bibon banber
Zegarmistrz Jean Fracasse.
2
A był
Elon lanler liron
Elon lanla bibon bonbon
Elon lilon lanler
A był
Liron elon lanler
Lalon lila bibon bonber
A był chłop dzielny
Lanlanler
I bardzo dużo pił
Elon lanler
Bibon banber
I bardzo dużo pił.
3
Raz wszedł
Elon lanler liron
Elon lanla bibon bonbon
Elon lilon lanler
Raz wszedł
Liron elon lanler
Lalon lila bibon bonber
Raz wszedł do szynku
Lanlanler
I urżnął się tam wnet.
4
I już
Elon lanler liron
Elon lanla bibon bonbon
Ebon lilon lanler
I już
Liron elon lanler
Lalon lila bibon bonber
I już po wszystkim
Lanlanler
I koniec - bo i cóż?
Elon lanler
Bibon banber
I koniec - bo i cóż?
Wisława Szymborska
STARY ŚPIEWAK
"On dzisiaj śpiewa tak: trala tra la.
A ja śpiewałem tak: trala tra la.
Słyszy pani różnicę?
I zamiast stanąć tu, on staje tu
i patrzy tam, nie tam,
choć stamtąd, a nie stamtąd
wbiegała, nie jak teraz pampa rampa pam,
ale całkiem po prostu pampa rampa pam,
niezapomniana Tschubeck-Bombonieri,
tylko że
kto ją pamięta -"
Lidia Zabiegałowska
NA CZTERY RĘCE
Ona słodka jak szarlotka
On majonez z ambasady
konflikt międzynarodowy
Ona brzózka lecz francuska
On ma same wady
akcent ichtiolowy
i nie zna zasad roszady
więc prowadzi z nim rozmowy
dwie kawy pod parasolem
kawiarnia paryski fiolet
za cztery odnowy
wielki bal maskowy
Ona pisze listy
teraz on jest mistyk
deszcz pada wytwornie
Ona stoi w oknie
za szybą różowy czas płynie
On karetę zmienia w dynię
na jabłonce złote jabłka
zamek się pod ziemię zapadł
mak z popiołem leżą kołem
czy to romans był czy napad?
Janusz Mrzigod
NIC NIE ROZUMIEM
1. czas jest złudą
to tylko człowiek nie potrafi się zatrzymać
brodząc pod prąd nieruchomej rzeki
gdy brzegi mkną w ciemność
2. dni wczorajsze
zalegają półki naszych wspomnień
jak groźne cienie
każdy ma taki dzień
prywatny przerażacz
którego nie sposób kartkować bez strachu
3. moje życie jak pusty pokój
meble wyniesiono przed południem
entropia zasłała podłogę
warstewką kurzu
a na jedynym oknie ktoś
napisał szminką trzy słowa
Tadeusz Kubiak
12 MAJA W OLIWIE
W DESZCZOWY DZIEŃ
Widziałem. W głębi nawy
biskup z twarzą jak heban.
Czarny Pan Bóg go przywiódł
do oliwskiej katedry.
Mój biały Pan Bóg moknie
na deszczu. Jego czarny
płonie w słońcu. Dwóm Bogom
grzmią oliwskie organy
psalmem wysokim, srebrnym.
Konstanty Ildefons Gałczyński
ŚMIERĆ POETY
Nie pomogły zastrzyki,
Recenzje i pomniki,
Ni kwaśne mleko.
Przyszedł szarlatan - szuja,
Obejrzał go, pobujał:
"Dementia praecox".
Toż radość była w domu!
Nareszcie koniec sromu,
Skończony kłopot!
Dozorca śmiał się setnie:
"Zaraz mu nitkę przetnie
Panna Atropos".
Żona klaskała w dłonie:
"Ach, przecie nadszedł koniec
Pijackich orgii!
Bólów miałam niemało,
Nareszcie twoje ciało
Wezmą do morgi".
Wszyscy stanęli kołem
Z czołem bardzo wesołem,
Prasa, kuzyni,
I szacowne to grono
Orzekło unisono:
"Dobrze tak świni!
Po co dziewki uwodził,
Nocą domy nachodził,
Sen rwąc dzieciątek?
I po co Pod Zegarem
Lał w brzucho wino stare,
Świątek i piątek?
Zna go dobrze Warszawa:
Pożyczał - nie oddawał,
Nasienie drańskie;
A "poetyczne dale"
To były te skandale
w Małej Ziemiańskiej.
Dobrze ci, stary draniu,
Za grzechy nad otchłanią
Inferna zwisasz.
Najprzód gwiazdy i róże,
Potem - stołek w cenzurze -
- sprzedajny pisarz!"
Tak to nadobne grono
Radziło unisono
W śmiertelnej sali.
A, że lico miał bladsze,
Orzekli: "Pewnie nadszedł
koniec kanalii".
Zapachniały zefiry,
Brzękły potrójne liry,
Pierzchnęła tłuszcza.
Serce alkoholowe
Unieśli aniołowie
na złotych bluszczach.
Charles Simic
MADONNY Z DORYSOWANĄ SZPICBRÓDKĄ
(tłum. Stanisław Barańczak)
Leciwa Metafizyka, biedne stworzenie,
Cała wystrojona w sztuczną biżuterię.
Spacerowaliśmy pod ramię, migdaląc się na oczach ludzi
Mimo różnicy wieku.
Jest wciąż dziewiętnaste stulecie, szeptała.
Byliśmy w nożowniczej dzielnicy
Wśród walących się reliktów Rewolucji Przemysłowej.
Zaledwie parę kroków dalej - zapewniała mnie -
Na tyłach jej tylko znanego sklepiku ze słodyczami
Klienci zaczytywali się "Fenomenologią Ducha".
Dawno minęła północ, gołąbku, aniele!
Lepiej nie ryzykujmy zanadto, myślałem.
Na rogach ulic pełno było chuliganów
W skórzanych kurtkach z krzyżami i żelaznymi ćwiekami.
Wyglądali, jakby znali pisma Darwina i tego wariata Pawłowa
I mieli zamiar za chwilę poprosić nas o zapałki.
Miron Białoszewski
STUDIUM KLUCZA
Klucz
ma
zapach wody gwoździowej
smak elektryczności
a jako owoc
to on cierpki
niedojrzały
będący cały w sobie
pestką.
Leopold Staff
ABYM MÓGŁ KOCHAĆ W TOBIE RZECZY, KTÓRYCH NIE MA
Tyran zimowej włości, widzę lód i śnieg,
Bezbrzesz nudy i ciebie, blada miłośnico,
Która ogniem w szał smagasz mojej krwi obiegi,
A masz duszę psa niską i serce próchnicą.
O, móc cię kochać, chociaż podłością twa miłość!...
Rzekł mi gwiaździarz: "Jeżeli w noc bezksiężycową
Wymordujesz sto grodów, poznasz snów opiłość,
Ujrzysz to czego nie ma... Raz!... nigdy na nowo..."
Marna chwila... nadejdzie - minie - już się stało
I nie będzie już więcej... Raz pierwszy - ostatni!
O, czemuż słońce jedno jest, śmierci tak mało!
Jedna śmierć twa nie wydrze z nudy i żądz matni...
Wczoraj, nudą trawiony, rękami obiema
Siałem łaskę na grody... Wodzu! Wojska prowadź!
Bym mógł w tej dziewce kochać rzeczy, których nie ma
Daję-ć pierścień... Sto miast mi dzisiaj wymordować!
Tadeusz Kubiak
DO NIEZNAJOMEJ
Wieziesz w sobie narodziny
przez kraj winnic,
jak z obrazów Rafaela,
zdrowaś, jasna -
Między tłumem łaskiś pełna,
słońce z tobą.
Błogosławiony śpiewny owoc
twego gniazda.
Ewa Lipska
TRĄBKI
Nie możemy się zobaczyć.
Trąbki kwitną na akacji.
Nie możemy się zobaczyć.
A ty szpiegów masz na sobie.
Ty na ziemi a ja w grobie.
Do wyboru dekoracje.
Nie możemy się zobaczyć.
A na sznurku schną pieluchy.
Pewno ci się wiersz narodził.
Na początku ślepy. Głuchy.
Pewnie teraz go rozwieszasz
na tym sznurku aby urósł
aby zmężniał jak huragan.
Ale nam już nie pomoże
ani matka Gilgamesza
ani w rękach ostry rożen
by nim przebić przeznaczenie.
Ani wieczorowa suknia
z kwiatu berberysu tkana.
Ani śniegu biała piana.
Ani pomyśl który tobie
przyszedł na myśl dzisiaj z rana.
Nie możemy się zobaczyć.
Trąbki kwitną na akacji.
Nie możemy się zobaczyć.
Julian Tuwim
SEN ZŁOTOWŁOSEJ DZIEWCZYNKI
Jarosławowi Iwaszkiewiczowi
1
Pani pachnie jak tuberozy.
To nastraja i to podnieca.
A ja lubię tuman narkozy,
A najbardziej - gdy jest kobieca.
Mówię ładnie? I melodyjnie?
Zdania perlę jak z pereł kolię?
Pani patrzy - melancholijnie...
Skąd ma pani tę melancholię?
Sen? Doprawdy? Jak dymu kółka?
Sen zmysłowy bladej dziewczynki?
Hebanowa lśniąca szkatułka:
Pomarańcze i mandarynki.
2
Pani usta wtula w swe futro...
Pewno... miękkie jest to futerko...
Przeczulenie? Cóż będzie jutro?
Ach, cóż powie srebrne lusterko?
Podkrążone po balu oczy
I matowość pachnącej twarzy,
I sen zwiewny panią omroczy,
I o wczoraj pani zamarzy.
Pani pyta, czy walca tańczę?
Ach, zatańczę... jak sen dziewczynki!
Mandarynki i pomarańcze,
Pomarańcze i mandarynki.
3
O, dziewczynko! O, złotowłosa!
O, zmysłowa dziewczynko blada!
Sen się iskrzy, jak z papierosa
Dym, gdy w słońca złocistość wpada.
A tymczasem - po pustej sali
Pierrot szuka zgubionej róży,
Z Leonelią tańczy Allali,
Leonelia oczęta mruży.
Gdy się bajka roztopi w mroku,
Przyjdą cudne, smutne dziewczynki;
Na obciętym położą loku
Pomarańcze i mandarynki.
Czesław Miłosz
ALKOHOLIK WSTĘPUJE W BRAMĘ NIEBIOS
Jaki będę, Ty wiedziałeś od początku.
I od początku każdego żywego stworzenia.
To musi być okropne, mieć taką świadomość,
w której są równoczesne
jest, będzie i było.
Żyć zaczynałem ufny i szczęśliwy,
pewny, że dla mnie co dzień wschodzi słońce,
i dla mnie otwierają się poranne kwiaty.
Od rana do wieczora biegałem w zaczarowanym ogrodzie.
Nic a nic nie wiedząc, że Ty z Księgi Genów
wybierasz mnie na nowy eksperyment,
jakbyś nie dosyć miał na to dowodów,
że tak zwana wolna wola
nic nie poradzi wbrew przeznaczeniu.
Pod twoim ubawionym spojrzeniem cierpiałem
jak liszka żywcem wbita na kolec tarniny.
Otwierała się przede mną straszność tego świata.
Czyż mogłem nie uciekać od niej w urojenie?
w trunek, po którym ustaje szczękanie zębami,
topnieje gniotąca pierś rozpalona kula
i można myśleć, że jeszcze będę żyć jak inni?
Aż zrozumiałem, że tylko błądzę od nadziei do nadziei
i zapytałem Ciebie, Wszechwiedzący, czemu
udręczasz mnie. Czy to próba, jak u Hioba,
aż uznam moją wiarę za ułudę
i powiem: nie ma Ciebie ni twoich wyroków,
a rządzi tu na ziemi tylko przypadek?
Jak możesz patrzeć
na równoczesny, miliardokrotny ból?
Myślę, że ludzie, jeżeli z tego powodu nie mogą uwierzyć,
że jesteś, zasługują w Twoich oczach na pochwałę.
Ale może dlatego, że litowałeś się bez miary, zstąpiłeś na ziemię, żeby doznać tego,
co czują śmiertelne istoty.
Znosząc ból ukrzyżowania za grzech, ale czyj?
Oto ja modlę się do Ciebie, ponieważ nie modlić się nie umiem.
Bo moje serce Ciebie pożąda, choć wiem, że nie uleczysz mnie.
I tak ma być, żeby ci, którzy cierpią, dalej cierpieli, wysławiając
Twoje Imię.
Tadeusz Dąbrowski
WIARA MATEK
Nie mogę uwierzyć jak mogłeś
nie pójść na rekolekcje.
Myślałam że przez dwadzieścia
lat coś wpoiłam ci.
A Bóg cię w niczym w niczym
nie ogranicza. No
chyba że ktoś jest gnojem
Konstanty Ildefons Gałczyński
SOWA
we śnie jesteś moja i pierwsza
we śnie jestem pierwszy dla ciebie
rozmawiamy o kwiatach i wierszach
psach na ziemi
i ptakach na niebie
we śnie w lasach są jasne polany
spokój zloty i niesłychany
pocałunki zielone jak paproć
albo jesteś egipska królowa
jak miód słodka i mądra jak sowa
a ja jestem dla ciebie jak światło
Leopold Staff
DESZCZ JESIENNY
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...
Odziane w łachmany szat czarnej żałoby
Szukają ustronia na ciche swe groby,
A smutek cień kładzie na licu ich młodem...
Powolnym i długim wśród dżdżu korowodem
W dal idą na smutek i życie tułacze,
A z oczu im lecą łzy... Rozpacz tak płacze...
To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Kto dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny...
Kto? Nie wiem... Ktoś odszedł i jestem samotny...
Ktoś umarł... Kto? Próżno w pamięci swej grzebię...
Ktoś drogi... wszak byłem na jakimś pogrzebie...
Tak... Szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło,
Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło,
Gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno...
Zmarł nędzarz, nim ludzie go wsparli jałmużną...
Gdzieś pożar spopielił zagrodę wieśniaczą...
Spaliły się dzieci... Jak ludzie w krąg płaczą...
To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie
I zmienił go w straszną okropną pustelnię...
Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem
I kwiaty kwitnące przysypał popiołem,
Trawniki zarzucił bryłami kamienia
I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia...
Aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu
Położył się na tym kamiennym pustkowiu,
By w piersi łkające przytłumić rozpacze
I smutków potwornych płomienne łzy płacze...
To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Julian Tuwim
SKANDAL
W mózgi wysoko biło wino
Kolorowymi fontannami.
Nad ranem wiatr i walc popłynął
Świeżym powietrzem i pannami.
Po walcu - koniak. Koniak dobił.
Skazał na śmierć, na ścięcie czekał.
Człowiek uderzył w twarz człowieka,
Zaszlochał człowiek: "Co pan zrobił!"
I kiedy wszyscy: w mordę! w mordę!
Śród brzęku szkła i kobiet wycia,
Gdy śród oklasków mordobicia
Grom dnia uderzył w nich akordem:
W komżach obrusów białe stoły
Frunęły w górę jak anioły,
A na suficie (na niebiosach)
Krzyczała krzywda wielogłosa.
Marek Lachowski
WIESZ
wiesz, to nie jest tak, że ludzie odchodzą -
to my ich mijamy idąc błędną drogą
wpatrzeni w siebie, szukamy drugiego
wiesz, właśnie tak jest... sam nie wiem dlaczego?
i wiesz, trafiamy do smutnej doliny
jeśli łatwymi drogami dążymy;
kroki beztroskie donikąd nas niosą,
że lepiej dróżką iść nieraz, niż szosą?
bo zawsze gdzieś czeka maleńka polana
ukoi, przytuli i szepnie kochana
odpocznij w ciszy zapachu jałowca
przykryją cię drzewa cieniami pokrowca
z dala od oczu, to nic, że nikt nie wie
wiesz? ważne, że wreszcie znalazłaś siebie
Kazimierz Mikulski
W MIASTECZKU ANIOŁY
Są mosty na wzgórzu spalone w południe
i tarcza blaszana nad drzwiami fryzjera
i brzytwa po której nie krzepnąc krew spływa
w miasteczku anioły więdnące na drzewach
od czterech miesięcy nie golą już bród
Za murem szkło tłucze wylękła dziewczyna
a tarcza blaszana jak słonce się żarzy
wiec mruży dziewczyna swe oczy i ślepnie
w miasteczku anioły więdnące na drzewach
od czterech miesięcy nie golą już bród
Nie żyje już fryzjer zmęczony nad rzeką
pod drzwiami zostawił list i znaczki cztery
i brzytwę i ucho odcięte lecz czuje
rodzina napisze nagrobek jak wróci
w miasteczku anioły więdnące na drzewach
od czterech miesięcy nie golą już bród
Tadeusz Kubiak
EROTYK NA JUTRO
Od stóp do głowy jesteś tak cała,
słowiczo śpiewna, szczyglęco mała,
mógłbym cię włożyć w puzderko piękne,
w mniejszą od skrzypiec krecią trumienkę.
W podróżnym puzdrze maleńka, mała,
w jakie to nieba byś się udała?
Na jakie bale chciałabyś przybiec
w kreciej trumience mniejszej od skrzypiec?
Z puzder, ze szkatuł zdobionych złotem,
wyjmę cię żywą, włosy zaplotę.
Nigdy nie oddam trumnie pod różą.
Znowu będziemy jak przed podróżą.
Julian Tuwim
LIST DO KOBIETY
Gdybym ja nie był poetą,
A pani nie była kobietą,
To znaczy: gdybym ja umiał
Bez obłąkania i szału
Dań składać pięknemu ciału
I takbym się wyżył, wyszumiał;
Gdybym mógł kochać bez mitu,
Bez natchnionego zachwytu,
Bez legendarnych przydatków,
Bez wahań, wzlotów, upadków,
Bez mistycznego pomostu,
Który prowadzi po prostu
Do pani (pardon!) pośladków;
Gdybym opuścić mógł z tonu
I nie zaznając katuszy
Dupie nie wmawiałbym duszy;
Gdybym z czułego szaleńca
Stał się buhajem bez ducha;
Miał znacznie mniej z oblubieńca,
A znacznie więcej z świntucha;
Pani zaś - ach! gdyby pani
Zostając przy swoich cudach
(Mówię o biodrach, o udach,
Piersiach i erotomanii,
O pani wprawie miłosnej,
O pani chuci radosnej,
O oczach - błękitnych kwiatkach -
O ustach - świeżych czereśniach -
O włosach - złocistych pieśniach -
I wzmiankowanych pośladkach),
Gdyby się pani zdobyła
Na jeszcze jedną zaletę:
Gdyby tak pani zabiła
Przewrotną w sobie kobietę,
Tę niebezpieczną panterkę,
Tę chytrą, wieczną heterkę,
To głupie, fałszywe zwierzę,
Co z każdym będzie się tarzać,
Rozkładac, tulić, obnażać,
Za wiersz czy pustą zabawę,
Za parę pończoch czy sławę,
Nawet - z miłości - powiedzmy,
Lecz w jakiś sposób bezecny,
Bo obliczony bezwiednie
W tak zwanej podświadomości
Na efekt cudzej zazdrości
Oraz korzyści powszednie;
O, gdyby pani umiała
Kochając najidealniej
Nie sądzić, że bez jej ciała
I "ekskluzywnej" sypialni
Byłbym stracony, zgubiony,
Chodziłbym błędny, strapiony,
I, że prócz pani na świecie
Na żadnej innej kobiecie
Nie znalazłbym tyle szczęścia
I takiej pełni posięścia,
I takiej upojnie - skwarnej
Rozkoszy (dość popularnej),
I że bez pani spojrzenia
Nie ma już dla mnie natchnienia,
I że bez pani rozkraczeń
W szał wpadnę chorych majaczeń!
Że bez przychylnych jej gestów
Zapadnę w nicość i próżnię,
I odtąd juz nie odróżnię
Chorejów od anapestów;
Gdyby się pani, powtarzam,
Zmieniła nieco w tym względzie,
A ja bym się nie rozmarzał
Przy seksualnym popędzie,
To stałaby się z nas para
Ach, najszczęśliwsza w Warszawie!
Może się pani postara?
Ja także trochę się wprawię.
Lecz list się dłuży. A przeto
Kończę. Nadziei mam mało.
Bo cóż by z nas pozostało,
Gdybym ja nie był poetą,
Nie dążył ku "ideałom",
A pani nie była kobietą
tak jednolitą i całą?
A zresztą... małoż to bywa
Na świecie różnych wypadków?
Może się jednak zmienimy?
Adieu, Madame. Bądź szczęśliwa,
Kiedy się znów zobaczymy?
P.S.
Ukłony dla pięknych pośladków
Jacek Dehnel
SZCZĘŚCIE
dla P. T. v. T.
W przyszłym tygodniu masz urodziny
za rok pewnie
już cię nie będzie.
M. Roberts, Lacrymae rerum
Być tą brzydką Angielką – chudą, podstarzałą,
niezbyt dobrą poetką; mieszkać w letnim domu
ze stygnącym mężczyzną (serce czy rak nerek –
przyczyny nieistotne). Wnosić mu po schodach
(wąskich, zawilgłych schodach) tacę ze śniadaniem
i siebie. Pisać: „W przyszłym
tygodniu – bzyk muchy –
– masz urodziny – znowu – za rok pewnie – krzyczy
z bólu – już cię nie będzie”.Iść do niego. Głaskać.
Leżeć z nim w wannie, płacząc. Patrzeć teatralnie,
ale przecież prawdziwie, przez okno na drzewa.
Mieć za sobą te lata, te listy, te flamy,
znać numer kołnierzyka, buta, obwód głowy.
Nie umieć się obejrzeć za innym mężczyzną.
Używać tamtych zwrotów, pieszczotliwych imion.
I udawać, że wcale nie jest gorszy w łóżku,
mając w pamięci tyle razów, miejsc, sposobów:
w hamaku, w soku z jagód, w pociągu pędzącym
z Wenecji do Nicei, na biurku wydawcy,
w bocznej salce muzeum. Przyjmować wizyty
przyjaciół i lekarzy. Kręcić kogel-mogel.
Nie móc udawać dalej i dalej udawać.
Lecz nade wszystko wiedzieć, że wszystko, co było
nie mogło, nie powinno być inaczej, z innym,
gdzie indziej, kiedy indziej – to właśnie jest szczęście.
Widziałeś całość. Teraz odchodzisz, powoli
skubiąc liście z gałęzi. Ktoś zasłania lustro,
ktoś dzwoni, ktoś rozmawia. Taca. Wanna. Łóżko.
Marcin Świetlicki
DOMÓWIENIE
A ona jeszcze nie wie, że piszę o śmierci.
Ona się jeszcze łudzi, że piszę tu o niej
albo o innych kobietach. Jeżeli poczuje
zapach innej kobiety - zrobi awanturę,
ale zrozumie. Nie zrozumie śmierci
bo ona jeszcze śmierci nie rozumie.
Bo ona jeszcze nie dowierza, że śmierć
mi dyktuje. Woli pomyśleć: lenistwo.
Zgubiłem pióro. Urząd Podatkowy.
Kara za brak biletu. Nie spłacona rata.
Potrzeba samotności. Alkohol. Wycieczki
do wanny. Wszystko to - to znaki.
Czy ona się nie dowie, że piszę o śmierci?
Czy ona się nie dowie, że jeśli zastygam
- to uczę się? Bo nie być trudniejsze niż
nie mieć. Czy nie wie, że jeśli się śmieję
- śmieję się przeciw? W poprzednich wydaniach
nazywałem ją ona a teraz już nie chcę.
Jacek Dehnel
WPADKA
Masz koło łóżka ogromną przepaść,
białe sufity jak czarne wieka.
Ciągle coś w przepaść bezzwrotnie wpada,
zostaje rozpacz, bieg czasu, sadza.
I nic - film z Monroe, pasztet z truflami,
wyjazd do Wiednia - cię nie omami.
Tam właśnie zmierzasz. Po wąskich schodkach
minut i godzin. Cienka pozłotka:
miłość, zachwyty, seks, książki, sztuka,
obłazi z wolna. W środku kość stuka
i wystukuje refren niewinny:
"co-raz-mniej-mo-żesz-zo-stać-kimś-in-nym".
I wiesz, że będziesz w głąb ciężko leciał,
bo wypełniony do brzegów życia,
a w tych sufitach (ich czerń to lustra)
zostanie punkcik. A potem pustka.
Anna A. Tomaszewska
CYRK
Anulka, Anulka - mówił do mnie ojciec,
ale tylko w niedzielę, kiedy pachniał wodą jucht
lub przemysławką intensywniej niż pelargonie w oknach.
Pastował moje czerwone buciki do kościoła,
do kina i cyrku, bałam się powiedzieć,
że nie cierpię cyrku, bałam się zaglądać w oczy koniom
lwom, klaunom, a najbardziej przerażały szpary
w drewnianej podłodze pomiędzy rzędami krzeseł
i że cyrkowy namiot zdmuchnie wiatr.
Ojciec mówił: zachowujesz się jak paniątko,
czas z tym skończyć. Kupował bilety najbliżej areny:
piach na wybiegu parował zwierzęcym moczem, koszula
ojca ciemniała na plecach, kiedy wręcz tężał cały
- obserwując dziewczyny fruwające pod kopuła, miałam
ręce lepkie od waty cukrowej, konie rżały, bat śmigał
szybciej niż szminka klauna spływała z ust, bardziej
czerwona od pelargonii w oknach, bardziej czerwona
od moich butów, które pokrywał pył spod kopyt
galopujących koni. Zaglądały mi w oczy co okrążenie.
Cierpieliśmy w cyrku.
Stanisław Barańczak
WRZESIEŃ 1967
I jakim prawem mieliśmy w sobie aż tyle
nieprzezorności, aby w bezsennym przedziale
spędzić noc, wysiąść, drżąc z zimna, i znaleźć
między dnem szarych chmur a warstwą rudych szpilek
śliski od mżawki, pusty po sezonie camping -
garść słupów do siatkówki i sklejkowych ruder,
zza których grzmiało morze; aby w przemokniętym
domku z dykty nie zwlekać już ani przez chwilę
dłużej i paść w ubraniach na nagi materac
i, niezdarnie zdzierając je z siebie, docierać
do nas, odnalezionych Bóg wie jakim cudem
i jakim trafem; aby nic wtedy nie przeczuć,
chichotać z układanych wspólnie - senną głową
przy ciepłej piersi - głupstw: "Morze miarowo
szumi, Bo niemiarowo nie umi", pod wieczór
czuć nadal w ciele słony, dziki, jednostajny
rytm fal, które zbijały z nóg spienionym światłem
zmieszanym z piaskiem, żwirem i wodorostami,
i ten rytm naśladować w śpieszniejszym narzeczu
dwojga ciał; aby wargi, błądzące powoli
plażą skóry, trafiły na kryształki soli
z morza? z potu? nie wiedząc jeszcze, jakim wiatrem
i jakim trwaniem będą zdmuchnięte, spłukane;
aby języki dwa bez skutku ale czule
chciały się spleść, przytrzymać nawzajem, nie ulec
sygnałowi z latarni morskiej, gdy nad ranem
buczał przez mgłę, na znak, że wszystko ma swój brzeg,
i gdy do wnętrza domku przez koślawą ramę
okna sączył się z anten, kominów i drzew
świt ze swoim natrętnie milczącym pytaniem,
jakim właściwie cudem, jakim trafem, jakim
prawem wszystko ma odtąd pozostać tym samym
morzem, tym samym snem, tym samym słonym smakiem.
Paweł Pawlicki
SZTUKA
Matka Boska przemówiła do niego
Bhagawatgita przemówiła do niego
Rabbi Ben Shiwa przemówił do niego
i archanioł Gabriel przemówił do niego
Powiedział, nie możesz iść w poprzek drogi
bo nigdzie nie dojdziesz
nie zajmuj się więcej nieudolnym rysowaniem
kobiecej postaci, bo rękę masz niewprawną
choć szczere jest twoje serce.
Dla ciebie są nieskończone równania i przestrzenie Banacha
oraz głębokie pokłady nieświadomości
A potem Ojciec Święty pobłogosławił go
I powstało tysiąc poematów, i dwa scenariusze filmowe
siedemnaście pomniejszych projektów
A Związek Fotografików oferował swoje sale
żeby urządzić wystawę.
Ale on nie dbał o to, swoje wiersze oddał lekarzom
żeby ratowały im życie
Kiedy nadeszła cisza, siedział sam w swoim mieszkaniu,
jeśli nie liczyć grzyba na ścianach i Bacha rozwieszonego na wiolonczeli
Instrumenty, które dostał od przyjaciół oddał chorym
Tylko trójkąt, kwadrat i koło zostały
Nikt już do niego nie mówił.
Słyszał za to złe szepty z oddali, odgłosy zawiści i bólu,
brzęk tłuczonego szkła, i wycie alarmów
Nieogolony, zmęczoną ręką rysował niewprawną kreską kobiecą postać
Lekarze wzięli go w swoje dłonie
do czasu kiedy znów Matka Boska do niego nie przemówi.
Irving Layton
KARALUCH
(tłum. Robert Stiller)
Ona była z Tokio.
On z Tabrizu.
Spotkali się w księgarni.
Oboje wyciągnęli rękę po tą samą książkę.
Przepraszam, po japońsku.
Przepraszam, po persku.
Była to rozprawa o karaluchach.
Oboje chcieli kupić tę książkę.
Był tylko jeden egzemplarz.
Umówili się, że kupią go na spółkę.
Oboje byli specjalistami od morfologii i bihewioru karaluchów.
Fascynowały ich przez całe życie.
Teraz poczuli się zafascynowani sobą.
Pokochali się patrząc na wizerunki karaluchów jedzących
to, co jedzą karaluchy.
On ją zaprosił do siebie.
Ona jego.
Chodzili razem ma długie spacery.
Często rozmawiali też o innych rzeczach
niż karaluchy.
On jej czytał ulubionych poetów sanskryckich.
Ona mu czytała haiku.
Gdy badali narządy rozrodcze swych ulubionych
owadów, ich własne genitalia robiły się wilgotne.
U niego w mieszkaniu. Potem u niej.
Było to rozkoszne.
Romantyczne.
Byli niewiarygodnie szczęśliwi.
Romans ich powinien trwać wiecznie.
Aż im oczy błyszczały.
Coś robiło się z ich głosem.
Traktowali się z ogromną czułością.
On przyniósł jej trochę własnych wierszy.
Ona sprowadziła dla niego prezent samolotem z Tokio.
Aż pewnego dnia się posprzeczali.
Rozeszło się o zwyczaje karaluchów podczas jedzenia.
On mówił tak, a ona inaczej.
Sprzeczka zamieniła się w spór.
Spór stał się kłótnią.
Kłótnia stała się gwałtowna i zawzięta.
Nie mogli się pogodzić w poglądach na zwyczaje karaluchów podczas jedzenia.
Przepaść między nimi wciąż rosła.
On mówił to, a ona tamto.
Nie sposób dojść do porozumienia.
Tylko jedno mogło mieć rację.
Syczeli na siebie.
Oczy im się napełniały nienawiścią.
Kwestionowali wzajemnie swoją inteligencję i pochodzenie.
Wszystkie miłe i ważne rzeczy, jakie powiedzieli sobie wzajemnie
o karaluchach, poszły w niepamięć.
Smutne to było.
Bardzo smutne.
W końcu on zabrał jej swoje wiersze.
A ona mu powiedziała, żeby sobie wziął ten traktat o karaluchach
bo jest mu najwyraźniej potrzebny.
Suka, po persku.
Niedouczona gnida, po japońsku.
Tak skończył się romans.
Smutne to było.
Bardzo smutne.
Tadeusz Kubiak
MOIMI OCZAMI
Siedziała w knajpie "Wenus na ziemi"
ponad kieliszkiem pełnym - łez,
Przyszedł i oparł na jej kolanach
kudłatą mordę bezdomny pies.
Pies miał - to śmieszne i bardzo dziwne -
ślepia tak bardzo po ludzku piwne.
Jak ja.
Głaskała łeb ciemny, kudłaty,
tulący się do ciepła jej kolan,
łeb bezimienny, mokry od deszczu,
zimny od wiatru z ciemnego pola.
Pies miał - to śmieszne i bardzo dziwne -
ślepia tak bardzo piwne.
Jak...
Licho wie - czyj, licho wie - skąd.
To pies czy bies na czterech nogach?
Łagodny u jej stóp jak baranek,
owca zbłąkana na ciemnych drogach.
A miał - to śmieszne i bardzo dziwne -
ślepia prawdziwie po ludzku piwne.
Jak ja.
Gdy odsuwała go od swych kolan
świecąc okrutnym i zimnym szkłem,
patrzył jej w oczy z lękiem i smutkiem,
jak gdyby nigdy pies nie był psem.
Jak Boga kocham - śmieszne i dziwne -
skąd u psa ślepia po ludzku piwne.
Gdy znów głaskała kudłaty łeb,
mrużył z rozkoszy okrągłe ślepia.
I w piersi psiej grało psie serce
jak pogrzebany w kudłach fortepian.
Słyszysz - to śmieszne i bardzo dziwne -
serce i ślepia po ludzku piwne.
Po ludzku piwne.
Siedziałem obok. Milczałem patrząc.
Kieliszek szklił się pomiędzy nami.
Być może ona nie widziała tego,
że pies patrzył na nią moimi oczami.
Patrzył i patrzył. To bardzo dziwne.
Ale nie śmieszne - psie ślepia piwne.
Te oczy piwne.
Po ludzku.
Andrzej Waligórski
RODZINA PAJACYKÓW
Co wieczora tato Pajacyk
Wkłada kostium by pójść do pracy,
Wkłada spodnie z wypchanymi kolanami
I zbyt duże kapcie z pomponami,
I melonik, co dziadkowi jeszcze służył,
I nos czerwony, sztuczny i duży.
A Pajacykowa, taty żona
Patrzy na tatę rozczulona
I z wyglądu jego się cieszy:
- Wiesz, dzisiaj jesteś wyjątkowo śmieszny.
A ten tata, to jest taki ewenement,
Że dla niego to akurat jest komplement,
Bo ktoś inny chciałby być przystojny,
Interesujący lub dostojny,
Albo ze swej piękności stawny,
A on musi być tylko zabawny.
Wyszedł tatuś Pajacyk z mieszkania
Idzie drogą, znajomym się kłania,
A mamusia dziecku szepcze czule:
- Kiedyś będziesz taki jak tatulek
Na to dziecko, jak to dziecko - szczere:
- Ja bym chciał być magistrem inżynierem.
Popatrzyła mamusia na syna,
Rozjaśniła jej się nagle mina,
Roześmiała się z aprobatą:
- Jaki śmieszny, całkiem jak tato.
Zbigniew Herbert
STARY PROMETEUSZ
Pisze pamiętniki. Próbuje w nich wyjaśnić miejsce bohatera w systemie konieczności, pogodzić sprzeczne ze sobą pojęcie bytu i losu.
Ogień buzuje wesoło na kominku, w kuchni krząta się żona - egzaltowana dziewczyna, która nie mogła urodzić mu syna, ale pociesza się, że i tak przejdzie do historii.
Przygotowanie do kolacji na którą ma przyjść miejscowy proboszcz i aptekarz najbliższy teraz przyjaciel Prometeusza.
Ogień buzuje na kominku, na ścianie wypchany orzeł i list dziękczynny tyrana Kaukazu, któremu dzięki wynalazkowi Prometeusza udało się spalić zbuntowane miasto.
Prometeusz śmieje się cicho. Jest to teraz jednyny sposób wyrażenia niezgody na świat.
Julian Tuwim
OSTRY EROTYK
Składałem ci wizyty,
Okrutnie niezdobytej,
Nerwowo, gorączkowo,
Bredziłem chorą mową,
Wierszami cię męczyłem,
Łamałem każde słowo,
Do krwi je w zębach gryzłem,
Dawałem rozgryzione,
Zgniecione, rozkrwawione,
Przebite każdym zmysłem:
«Patrz»!
Składałem ci wizyty,
Nieznanej, głuchej, skrytej,
Słuchały meble święte
Tyrady niepojętej,
Tyrańskiej i cierniowej,
Gwałtownej, rozedrganej,
Słuchały mojej mowy
O ustach, piersiach, szczęściu —
Nierozdrapane ściany,
Nieposzarpane łóżko,
Nierozwalony pięścią
Stół.
Tęsknotą dziś przeszyty,
Tu przy samotnym stole,
Schwytany w widm niewolę,
Na tysiąc dni rozbity,
Gromadzę te wizyty
W kłąb jeden opętany.
W nerw jeden — wszystkie rany,
Ach, dzisiaj już szczęśliwy,
Ach, dzisiaj już kochany,
Daleki i pijany
Mąż.
Anna A. Tomaszewska
DZIECKO
"April is the cruellest month" T.S.E.
Najokrutniejszym miesiącem jest wrzesień, pełen wspomnień i Dat.
Wilgoć wdziera się do domu wszelkimi szparami, uchylane drzwi trzeszczą,
a matka mówi: w sypialni widuję zmarłych, spójrz, zostawiają rdzę na
klamkach
Śpimy w kokonie z flaneli, śnimy korzenie - ciotki, stryjenki, prababki,
w ich roztrzęsionych ramionach kołysze się dom. Zmarłe krzątają się w snach,
snują plany, jakby nadal mieszkały w pokoju obok (za ścianą stęka drewno
przesuwanych krzeseł)
Do mężczyzn należy grzebanie ciał, do nas - azalie na grobach, przecinanie
pępowin. Matka mówi: musisz urodzić różowe dziecko, inaczej Złe uwije
gniazdo w twoim brzuchu. Zbutwiejesz przed czasem, nie zostawisz cienia.
Wisława Szymborska
BUFFO
Najpierw minie nasza miłość,
potem sto i dwieście lat,
potem znów będziemy razem:
Komediantka i komediant,
ulubieńcy publiczności
odegrają nas w teatrze.
Mała farsa z kupletami,
trochę tańca, dużo śmiechu,
trafny rys obyczajowy
i oklaski.
Będziesz śmieszny nieodparcie
Na tej scenie, z tą zazdrością
w tym krawacie.
Moja głowa zawrócona,
moje serce i korona,
głupie serce pękające
i korona spadająca.
Będziemy się spotykali,
rozstawali, śmiech na sali
siedem rzek, siedem gór
miedzy sobą obmyślali.
I jakby nam było mało,
rzeczywistych klęsk i cierpień
- dobijemy się słowami.
A potem się pokłonimy
I to będzie farsy kres.
Spektatorzy pójdą spać
ubawiwszy się do łez.
Oni będą ślicznie żyli,
oni miłość obłaskawią,
tygrys będzie jadł z ich ręki.
A my wiecznie jacyś tacy,
a my w czapkach z dzwoneczkami
w ich dzwonienie barbarzyńsko
zasłuchani.
Verner von Heidenstam
ZA TYSIĄĆ LAT
(tłum. Łukasz Winiarski)
Migot w dalekich przestrzeniach, błysk przypomnienia
dworku, który przeświecał poprzez wysokie drzewa.
Kim byłem? Jakie me imię? Czemu płakałem wtedy?
To wszystko już zapomniane. Wszystko ucicha w dali
jak huraganu śpiew wśród wirujących światów.
Paweł Pawlicki
MARYSIA
W jej pokoju czekała na mnie zawsze herbata
w maciupkiej filiżance z łabędziem
kartony bajkowo zarysowane
stosy pędzli z bobrowego włosia
i łaskoczące w usta kałanki,
zapach oleju lnianego
trzaskała drzwiami szlochając
kiedy kolor farby jej nie odpowiadał
i kupowaliśmy lody nieznajomym z ulicy Miodowej
uczyła mnie, że nie będę nigdy malarzem
i że ludzie są delikatni i wiotcy
a praskie lumpy biły brawo
kiedy skakała na główkę ze słupka
na basenie na Namysłowskiej.
to było w lipcu pamiętam, bo okna zalepiłem z gorąca,
a w Łazienkach umilkły ptaki
kiedy opowiadała mi drżącym głosem
o nienarodzonym dziecku i straconych nadziejach.
Władysław Broniewski
WIERSZ OSTATNI
Tyś mnie kochała, ale nie tak,
jak kochać trzeba,
i szliśmy razem, ale nie w takt -
przebacz.
Ja jeszcze długo... Rok albo dwa.
Potem zapomnę.
Teraz, gdy boli, teraz, gdy trwa,
dzwonię podzwonne.
A tobie, miła, na co ten dzwon
brzmiący z oddali?
Miłość niewielka, błahy jej zgon,
i idziesz dalej.
Cóż mam od życia? - troskę i pieśń
(ciebie już nie ma).
Muszę im ufać, muszę je nieść,
pisać poemat.
Cóż mam od życia? - chyba już wiesz,
czujna i płocha? -
tylko ten smutek, tylko ten wiersz,
który mnie kocha.
Izabela Joanna Bożek
***
Łez nie osuszy chrzęst szronu wesoły:
Nie ma nikogo, kto gałąź potrząśnie,
By płatki śniegu spadały radośnie.
Krążą nade mną rozstania anioły.
Nikt nie odczyta rozpaczy w mej twarzy.
Ty pójdziesz góra, ja w doliny zboczę.
Czasem nam tylko serca załomoczą,
Gdy myśl się w przeszłość odwrócić odważy.
Ty w tłumu wrzawie, ja w katedry mroku:
Śpiew się załamie, modlitwa przygaśnie.
Co nam pisane lawiną się toczy.
Mroz idzie znowu, jak zwykle, co roku,
Czarne ptaszysko od niechcenia wrzaśnie.
Wciąż w twoja stronę zwracam smutne oczy.
Stanisław Wyspiański
I CIĄGLE WIDZĘ ICH TWARZE
Kochany Panie
I ciągle widzę ich twarze,
ustawnie w oczy ich patrzę -
ich nie ma - myślę i marzę,
widzę ich w duszy teatrze.
Teatr mój widzę ogromny,
wielkie powietrzne przestrzenie,
ludzie je pełnią i cienie,
ja jestem grze ich przytomny.
Ich sztuka jest sztuką moją,
melodię słyszę choralną,
jak rosną w burzę nawalną,
w gromy i wichry się zbroją.
W gromach i wichrze szaleją
i gasną w gromach i wichrze -
w mroku mdlejące i cichsze -
już ledwo, ledwo widnieją -
znów wstają - wracają ogromne,
olbrzymie, żyjące - przytomne.
Grają - tragedię mąk duszy
w tragicznym teatru skłonie,
żar święty w trójnogach płonie
i flet zawodzi pastuszy.
Ja słucham, słucham i patrzę -
poznaję - znane mi twarze,
ich nie ma - myślę i marzę,
widzę ich w duszy teatrze!
Jan Kalina
***
dobranoc mario oczy zmruż
czcigodną głowę przy mnie połóż
właśnie wychylił się zza wzgórz
księżyc co zmarły jest w połowie
i o parapet głucho tak
zastukał gołąb albo szpak
jak gdyby pragnął cię przywołać
pod latarenką gaśnie sklep
niejeden drab przeklina w duchu
swoje jestestwo ciebie mnie
taksiarz co w radiu się zasłuchał
znów zaprzepaścił dobry kurs
na zachód nocy i na wschód
śródziemnomorskie schodzą chmury
posłuchaj mario każdy sen
który poczciwie zechcesz począć
będzie nam służył wspólnie wiesz
schłodzę w nim nogi jak w potoku
dlatego dla mnie mario śnij
i przyrzeczone włosy złóż
na stosie wiersza każdy wiersz
który spisałem brzmiał jak twój
Stanisław Staszewski
A GDY BĘDĘ UMIERAŁ
A gdy będę umierał,
To nie przyjdzie generał.
Ziewnie z cicha dyrektor,
Bo umiera byle kto.
Serce pluśnie w staw ciszy,
Doktór papier podpisze.
Szakal z hieną z kantorka
Złożą rzeczy do worka.
Żona przyjdzie w welonie:
Masz przepustkę, Charonie.
Złoty ząbek zostawić,
Piórko z głową poprawić.
A gdy będę chowany,
Syn zapłacze pijany.
Zdepcze szarfy dostojne,
Potem pójdzie na wojnę.
Na cmentarzu pod murem
Słońce zajdzie za chmurę,
Drobny deszczyk pokropi,
Pamięć moją zatopi.
A na stypie z bigosem
Strasznym krzyknie ktoś głosem.
Wyjdziesz patrzeć kto woła,
Znajdziesz ciszę dookoła.
Adam Ważyk
MAŁA OBSESJA
Nie wejdę do tej kawiarni
ona tam siedzi
nieznajoma
ufryzowana w lokach ze srebrnej blachy
ma wąsko osadzone śmiejące się oczy
Z rozstawionymi kolanami tęgich nóg
mlaszczes językiem
przy niej dwóch mężczyzn w kwiecistych krawatach
i przeczucie śmierci
Nie wejdę do tej kawiarni
ale ja spotkam w tramwaju
w piekielnym ścisku
w czarnym jedwabnym szalu
jakiż to brak tożsamości
jaki szlachetny profil
Anna A. Tomaszewska
KOT I POMARAŃCZE
Bliska hoduje guza w środku brzucha, raka wielkości pomarańczy.
Śmierć jest kotem, Bliska odchyla kołdrę, a on wskakuje pomiędzy
całun skóry a ciepłe prześcieradła. Tulą się. Oddychają na zmianę.
Bliska mówi 'umieranie nie jest prostą czynnością, myśl o nieskończoności
jest nie do zniesienia'. I płacze. Też płaczę. Myśl o nieodwołalności
wydaje się nie do zaakceptowania. Tylko kot nie ma łez, milczy.
Pismo mówi "Pomoc nadejdzie od Pana. Do domu Pana pójdziemy".
Bliska i kot wertują biblię, jakby potrzebowali otuchy przed wyjściem
w listopadową przestrzeń. W podziemnych korytarzach kwitną pomarańcze.
Jorge Louis Borges
DOOMSDAY
Będzie to wtedy, gdy zabrzmi trąba, jak pisze
Święty Jan Teolog.
Było to w roku 1757, według świadectwa Swedenborga
Było to w Izraelu, kiedy wilczyca przybiła do krzyża
ciało Chrystusa, lecz nie tylko wtedy.
Dzieje się to w każdym tętnie twojej krwi.
Nie ma chwili, co nie mogłaby być kraterem Piekła.
Nie ma chwili, co nie mogłaby być wodą Raju
Nie ma chwili, co nie byłaby nabita jak broń.
W każdej chwili możesz być Kainem i Siddharthą,
maską lub twarzą.
W każdej chwili może ci wyznać swą miłość
Helena Trojańska.
W każdej chwili może się okazać, że kur zapiał po trzykroć.
W każdej chwili klepsydra upuszcza ostatnią kroplę.
Stefan Beton
POECI WYCIŚNIĘCI
Wy przez matkę odrzuceni
I przez ojca w ciemię bici
Własną pustką nad-natchnieni
Wysmutaniem znakomici
Niczym pryszcze wyciśnięci
Nawiedzeni banalnością
Metafory wszyscy święci
Bezbarw-na-dmuchani-ością
Zabawiacie się ze sobą
Gdy czytacie swe wystęki
Sieczką myśli- w mózgu wodą
Z niedowładem prawej ręki
(A mańkutów przepraszamy
Bo sylaby się nie zgodzą
Może choć raz dla odmiany
Prawą ręką niech dogodzą)
Dosć dennego przymulenia
I tarzania w sraczce bólu
Ego-chwastów nawożenia
I liryki z dupą w ulu
W klawiaturę wystukani
Idąc drogą do Golgoty
Lekkim życiem oszukani...
Wypierdalać do roboty!
Tomasz Baran
PRĘGI
Niosłem dziś w sobie myśl,
że tygrysy mają pręgi, a pręgi tygrysy
i nie spieszyłem się
z tą myślą, z popołudniem,
które niosło mnie na grzbiecie.
I niosłem w sobie myśl, że tygrysy
umierają w klatkach.
I przypomniał mi się dom, firanka,
wzrok matki.
Jacek Dehnel
PRZYJĘCIE
Stoją za oknem strome ciemności,
ciemność przychodzi do okien w gości.
A za ciemnością idą zwierzęta
żaden bestiariusz ich nie spamięta.
Za zwierzętami śmierć biała kroczy,
śmierć sześcioskrzydła, na skrzydłach oczy.
Stają u okien. Patrzą do środka.
Bardzo się zmieni kto je napotka.
W środku tłum, książki, meble i szklanki,
czyli szkło, papier, drewno i tkanki.
I śmierć, i bestia się rozpromienia,
że się serwuje tyle jedzenia.
Przez miłorzębu patrzą gałązki
na nieświadome niczego kąski.
Ty, jeśli czekasz jakichś morałów,
nie czekaj dłużej. Czasu jest mało.
Bądź dobry. Kochaj. Starzej się z wdziękiem.
Zamki są słabe. Szyby są cienkie.
Konstanty Ildefons Gałczyński
PIEŚNI
III
Ile razem dróg przebytych?
Ile ścieżek przedeptanych?
Ile deszczów, ile śniegów
wiszących nad latarniami?
Ile listów, ile rozstań,
ciężkich godzin w miastach wielu?
I znów upór żeby powstać
i znów iść, i dojść do celu.
Ile w trudzie nieustannym
wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń?
Ile chlebów rozkrajanych?
Pocałunków? Schodów? Książek?
Ile lat nad strof tworzeniem?
Ile krzyku w poematy?
Ile chwil przy Bethovenie?
Przy Corellim? Przy Scarlattim?
Twe oczy jak piękne świece,
a w sercu źródło promienia.
Więc ja chciałbym twoje serce
ocalić od zapomnienia.
Stanisław Grochowiak
MODLITWA
Matko Boska od Aniołów
Matko Boska od pająków
Śnieżnych żagli smagła Pani
Sygnaturko z kolczykami
Matko Boska z żółtą twarzą
Matko Boska z orlim piórem
Matko Boska kolonialna
Łzo astralna i kopalna
Wędrująca na pirodze
Fruwająca na korwecie
Na Holendrze latającym
W dumnej pozie na lawecie
Długoręka długoszyja
Złotopalca krągłogłowa
Pysznooka wąskostopa
Żyzna w ludzi jak Europa
O kopalnio naszych natchnień
O fabryko naszych pogód
O kościele naszych cierpień
Na księżyca wąskim sierpie
Matko Boska mądra taka
Żeś jak ogród z plonem łask
Rzuć najmniejszy choćby blask
W ciemne wiersze Grochowiaka
Czesław Miłosz
TO
Żebym wreszcie mógł powiedzieć, co siedzi we mnie.
Wykrzyknąć: ludzie, okłamywałem was
Mówiąc, że tego we mnie nie ma,
Kiedy TO jest tam cięgle, we dnie i w nocy.
Chociaż właśnie dzięki temu
Umiałem opisywać wasze łatwopalne miasta,
Wasze krótkie miłości i zabawy rozpadające się w próchno,
Kolczyki, lustra, zsuwające się ramiączko,
Sceny w sypialniach i na pobojowiskach.
Pisanie było dla mnie ochronną strategią
Zacierania śladów. Bo nie może podobać się ludziom
Ten, kto sięga po zabronione.
Przywołuję na pomoc rzeki, w których pływałem, jeziora
Z kładką między sitowiem, dolinę,
W której echu pieśni wtórzy wieczorne światło,
I wyznaję, że moje ekstatyczne pochwały istnienia
Mogły być tylko ćwiczeniami wysokiego stylu,
A pod spodem było TO, czego nie podejmuję się nazwać.
TO jest podobne do myśli bezdomnego,
kiedy idzie po mroźnym, obcym mieście.
I podobne do chwili, kiedy osaczony Żyd
widzi zbliżające się ciężkie kaski niemieckich żandarmów.
TO jest jak kiedy syn króla wybiera się na miasto
i widzi świat prawdziwy: nędzę, chorobę, starzenie się i śmierć.
TO może też być porównane do nieruchomej twarzy kogoś,
kto poją, że został opuszczony na zawsze.
Albo do słów lekarza o nie dającym się odwrócić wyroku.
Ponieważ TO oznacza natknięcie się na kamienny mur,
i zrozumienie, że ten mur nie ustąpi żadnym naszym błaganiom.
Agnieszka Osiecka
TYLKO ŁÓŻKO
Tobie chodzi tylko o łóżko,
A ja jestem małą kaczuszką,
Której trzeba miłości i wsparcia
I czasami czegoś do żarcia.
Proszę, zostań czasami do rana,
O pięknej żonie rzadko mów,
Czasem wykup na kartkę szampana,
I złotą rybkę dla nas złów.
Że się wkrótce - dla mnie - rozwiedziesz,
Tak mi czasem skłam,
Czasem powiedz, że ze mną wyjedziesz,
Już nigdy, nigdy sam.
Tobie chodzi tylko o łóżko,
A ja jestem rajskie jabłuszko,
Które pragnie miłości i wsparcia,
I czasami czegoś do żarcia.
Czasem kochaj mnie też po trzeźwemu,
O wspólnym kącie słówko rzuć,
Czasem przedstaw mnie gdzieś znajomemu,
Nie mów, że wszystko muszę psuć.
Na rozstanie nie mów "to zabieg",
Ładniej, kochany, mów,
Czasem wyśnij coś dla mnie na jawie,
Nie żałuj paru snów.
Tobie chodzi tylko o łóżko,
A ja jestem takie cacuszko,
Które pragnie miłości i wsparcia,
- nie tylko czegoś - do żarcia.
Proszę, odejdź bez bicia i grzecznie,
Jak z telewizji gentleman,
"Ja do dzieci - rozumiesz - koniecznie",
I "Ukochana, to był sen".
Że się wkrótce do mnie odezwiesz,
Tak mi pod drzwiami skłam,
...z czasem zamień się w taką poezję,
którą jesteś... którą byłeś - ty sam.
Wisława Szymborska
DWORZEC
Nieprzyjazd mój do miasta N.
odbył się punktualnie.
Zostałeś uprzedzony
niewysłanym listem.
Zdążyłeś nie przyjść
w przewidzianej porze.
Pociąg wjechał na peron trzeci.
Wysiadło dużo ludzi.
Uchodził w tłumie do wyjścia
brak mojej osoby.
Kilka kobiet zastąpiło mnie
pośpiesznie
w tym pośpiechu.
Do jednej podbiegł
ktoś nie znany mi,
ale ona rozpoznała go
natychmiast.
Oboje wymienili
nie nasz pocałunek,
podczas czego zginęła
nie moja walizka.
Dworzec w mieście N.
dobrze zdał egzamin
z istnienia obiektywnego.
Całość stała na swoim miejscu.
Szczegóły poruszały się
po wyznaczonych torach.
Odbyło się nawet
umówione spotkanie.
Poza zasięgiem
naszej obecności.
W raju utraconym
prawdopodobieństwa.
Gdzie indziej.
Gdzie indziej.
Jak te słówka dźwięczą.
Julian Tuwim
RZUCIŁBYM TO WSZYSTKO
Rzuciłbym to wszystko, rzuciłbym od razu,
Osiadłbym jesienią w Kutnie lub Sieradzu.
W Kutnie lub Sieradzu, Rawie lub Łęczycy,
W parterowym domku, przy cichej ulicy.
Byłoby tam ciepło, ciasno, ale miło,
Dużo by się spało, często by się piło.
Tam koguty rankiem na opłotkach pieją,
Tam sąsiedzi dobrzy tyją i głupieją.
Poszedłbym do karczmy, usiadłbym w kąciku,
Po tym, co nie wróci, popłakał po cichu.
Pogadałbym z Tobą przy ampułce wina:
"No i cóż, kochana? Cóż, moja jedyna?
Żal ci zabaw, gwaru, tęskno do stolicy?
Nudzisz się tu pewno w Kutnie lub Łęczycy?"
Nic byś nie odrzekła, nic, moja kochana,
Słuchałabyś wichru w kominie do rana...
I dumała długo w lęku i tęsknicy:
- Czego on tu szuka w Kutnie lub w Łęczycy?
Richard Brautigan
HAVE YOU EVER FELT LIKE A WOUNDED COW
Have you ever felt like a wounded cow
halfway between an oven and a pasture?
walking in a trance toward a pregnant
seventeen-year-old housewife's
two-day-old cookbook?