Burza
   -----


   Wyższy chłopak zajmuje miejsce po przeciwnej
   stronie stołu. Wygłupia się. Udaje, że będzie
   łapał bile wyskakujące ze stołu po uderzeniu.
   Umrze za dziewięć lat. Zginie podczas pożaru hotelu,
   miejmy nadzieje, że przez zaczadzenie. Niższy
   dorobi się, będzie dużo podróżował. Skręci sobie
   kostkę na przełęczy niedaleko Titicaca. Będzie
   miał przy sobie zbiorek ze "Śniegami Kilimandżaro",
   który dokładnie zaślini oczekując na mającą nadejść
   lada chwila pomoc. Ironia tkwi w tym, że to
   jedyne opowiadanie, które przeczyta w całości.
   Jeśli o mnie chodzi, to właśnie patrzę, jak
   partoli uderzenie. Taki już jest, wystarczy go
   raz rozśmieszyć, potem koncentracja pryska.
   Śmieję się i klaszczę, wołam coś do nich.
   Odpowiadają mi, wybuchamy śmiechem.

   Wchodzi moja żona, robi nam to zdjęcie.

   Siedzę na parapecie, z puszką piwa w lewej ręce,
   w prawej trzymam papieros, wywijam nim, bo właśnie
   zacząłem coś do niej mówić. Chłopak po prawej jeszcze
   nie przestał się śmiać, długo będę wpatrywał się
   w ten grymas gdy dotrze do mnie wiadomość o jego
   śmierci. Uderzający jeszcze nie podniósł się po strzale,
   unosi brwi, wciąż z niedowierzaniem wpatruje się w łuzę.

   Potem wrzuciłem niedopałek do puszki
   i odwróciłem się do okna.
   Będę się tak w nie wpatrywał przez następne dwadzieścia lat.