Cykl według S.
   --------------


   Więc siedzę skulony w tym ciemnym pokoju, gdy drzwi otwierają się
   i widzę cień. "Musisz coś zjeść, tato" mówi. To moja pięcioletnia córka.
   Kątem oka widzę, jak w pokoju obok płacze żona.
   Tata miał gorzej. Kiedy był na obserwacji, przyszła do niego
   pielęgniarka i powiedziała, że mu przypierdoli, jeśli się nie uspokoi.
   Ten demon jest u nas w rodzinie.

   Przeglądam, co im wydali. Z tyłu silące się na nonszalancję albo zabawną pointę notki.
   "Imię, nazwisko, poeta, rocznik taki-a-taki, urodzony tu-a-tu, podobno jeszcze żyje".
   - Proszę powiedzieć jak bardzo cieszy się pan z wygranej, proszę okazać entuzjazm,
     chcemy zobaczyć ten entuzjazm.
     Proszę powiedzieć, jaka to wspaniała możliwość zaistnienia dla młodych,
     jakie to wspaniałe, że organizowane są takie imprezy.
     Proszę powiedzieć, że to wspaniałe, że młodzi mają szansę zaistnieć na takich imprezach.
   Światło. Mikrofon.
   - O czym pan pisze?
   - Właściwie wszystkie moje teksty są wariacjami na temat dywagacji, czy
     przywiązany do drzewa na odludziu pies zdycha tak naprawdę z głodu, czy z tęsknoty.
   - A ostatni tekst? Jakikolwiek tekst?
   - Koncentrował się na aspekcie bolesności tych dywagacji.
   - A co pana boli?
   Ona chyba nie boi się mężczyzn o przekrwionych oczach.
   - Wie pani co? To są bardzo indywidualne sprawy, wolałbym ich tak populistycznie
     nie roztrząsać.
   - Tylko bez sloganów proszę. 
   W hotelowym pokoju towarzyszył nam potem chór, złożony z budowniczych drapaczy chmur
   w Nowym Jorku w latach trzydziestych.
   "Come away, O human child! To the waters and the wild" niosło się korytarzami,
   kiedy szczytowała.
   - Jeszcze trzy zdania. Dlaczego pan pisze?
   - Piszę, żeby odnaleźć tych, którzy odnajdą mnie dzięki mojemu pisaniu.

   Smok był grafomanem. To za słowami podążało znaczenie.
   Kleił wyrazy, zlepiał zdania niczym niewprawny, a ciekawski
   uczeń czarnoksiężnika. Stawał przy oknie, wystudiowanym gestem
   zapalał papierosa. To oczyszczało, zerowało, wprowadzało błogą
   neutralność. Podchodził energicznie z powrotem, siadał zamaszyście,
   splatając ręce pod brodą i zwierając w skupieniu brwi.
   Czytał obce zapiski składane jego ręką, próbując odgadnąć
   aurę i narysować językiem na podniebieniu ich smak.
   A potem zastanawiał się, jakaż to prawda wydarzyć by się musiała,
   by artysta sięgnął po taki eliksir, by tak dobrał składniki.
   I zaczynał od nowa.

   Rozdział 2. Starość, łysość i drewniane chodaki.

   W piętnastej minucie spotkania miłym piratem ściganym przez Interpol
   okazuje się babcia Lusia. Potem bita śmietana, kowboje i nalepki.
   Dobre wróżki pozdrawiają się uchylając szpiczastych kapeluszy.
   Wracamy z obiadu u matki, dzieci śpią na tylnych siedzeniach.
   Żona przed snem mówi o rozwodzie.
   Nie zasnę bez tego koca. A gdzie ja taki drugi koc znajdę?

   Zamawiam dwa piwa.
   Dosiada się znajoma z podstawówki. Wszyscy wiemy, jakie są.
   Ta jest wolontariuszką w hospicjum, bo boi się duchów.
   - Powiedziała swojemu chłopakowi że nie chce go więcej widzieć,
     a on pojęcia nie ma, myśli że go rzuciła, a to guz, wyobrażasz sobie?
   - Dziś rano za zimne tosty żona dostała w twarz. Ot, codzienne tragedie.
   Patrzy i nie rozumie. Odchodzi.
   Wypijam swoje piwo, potem twoje. Potem zamawiam dwa piwa. Potem wypijam swoje.
   Potem znów cię nie ma.