Deszcz
   ------


   czekam do kolacji, aż rodzice zestarzeją się
   i będzie można zejść na dół.

   tu sieroty po prababkach okupują szuflady,
   chce kaleczyć ręce kolorowy szmer spinek.

   peszy nigdzie już nie pasujący wzrok Emmy, Lady Hamilton.

   przez narzędzia, słoje z częściami zegarów, zużyte trzewia domu,
   liczące na litość kalekie dzieci majsterkowiczów naszego rodu,
   ciężkie od smaru szczotki do włosów, pracowite roztocza,
   opanowane zostały szafy zeszłych pokoleń.

   zarosną mchem i pleśnią,
   materia organiczna będzie w nich cyrkulować, entropia wzrośnie w szum,
   aż wszystko wyleje się gęstą, brudną zupą.

   narzekał na ceny truskawek.
   jeszcze pamiętam, kiedy ojciec ostatni raz miał swój deszcz.