Deszcz ------ czekam do kolacji, aż rodzice zestarzeją się i będzie można zejść na dół. tu sieroty po prababkach okupują szuflady, chce kaleczyć ręce kolorowy szmer spinek. peszy nigdzie już nie pasujący wzrok Emmy, Lady Hamilton. przez narzędzia, słoje z częściami zegarów, zużyte trzewia domu, liczące na litość kalekie dzieci majsterkowiczów naszego rodu, ciężkie od smaru szczotki do włosów, pracowite roztocza, opanowane zostały szafy zeszłych pokoleń. zarosną mchem i pleśnią, materia organiczna będzie w nich cyrkulować, entropia wzrośnie w szum, aż wszystko wyleje się gęstą, brudną zupą. narzekał na ceny truskawek. jeszcze pamiętam, kiedy ojciec ostatni raz miał swój deszcz.