Dworcowa
   --------

   (Marii, która nie zrozumie)


   1.

   - Mają tu swoją siedzibę zwierzęta rozjeżdżone na wiór -
   Powiedział ojciec przekrzywiając okulary.
   Dzieciaki chichotały zawzięcie, szczerzyły szpary
   po mleczakach.

   Tu dur
   (tu dur!)

   zadzwoniły koła na wyschniętym jeżu. Jadąc wzdłuż
   olbrzymiego żywopłotu dotarli wkrótce do żelaznej bramy
   w języku starokarlim.

   Zwierzęta o szklanym spojrzeniu zdobiły ogród (nigdy nie istniały
   gliniane krasnale). Ojciec z rozczuleniem spojrzał na piękne,
   głębokie na dwa wylęgi oczy matki.

   Dom na wzgórzu, choć przedarty na pół,
   pysznił się szklaną kolumnadą, a toksyczna zieleń
   chmur wciąż spowijała słońce.
   Ojciec chwycił się pod boki - To tu.


   2.

   "Pozwólcie, że przedstawię wam sytuację. Jest rok
   tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty piąty według
   rachuby Nazaretu. Światem rządzą handlarze, kupcy.
   Starzec-proporzec nadal porywa wyobraźnię i mami umysły.
   Chyba zdano sobie sprawę z niestabilności równania biedy.
   Ludzkie zwierzęta przestały być groźne, o ile zdołano
   je wtłoczyć w grę lub zaangażować do pomocy w zastępczych igrzyskach.
   Człowiek pozostał zmyślnym aparatem do zmniejszania entropii,
   choć wielu śniła się ludzkość jako Archimedes, wychodząca z prazupy,
   krzycząca: Anatta!".

   Splątany w jedność z linką stalową o przekroju
   szesnastu milimetrów lis nadstawił ciekawskich uszu.
   Przez otwarte okno popłynęły francuskie imiona.


   3.

   Czy wiecie, że sierść zwierząt karmionych ludzkim mięsem
   o tej porze roku przybiera odcień: szkarłatny?


   4.

   - Jesteś już gotowa? Zaraz pociąg, nie kończ tego, kolację zjemy u babci.
   Stary kocur odprowadził je wzrokiem.

   Czy wiecie, co może pleść się bardziej niż
   najbardziej nawet splecione tory?

   Skromnie splecione ręce.
   Roentgen.
   - We fleszu zobaczyłem żonę nieboszczkę, jak wirowała w oszołomieniu.
   Odbiór w poniedziałek.

   Oto jest wielka tajemnica wiary.

   Maria ocknęła się z drzemki.
   Głośnik leniwie próbował zapełnić pokój jazzowym standardem.
   Choć czas sjesty dawno minął, to drzwi na taras były
   wciąż otwarte i nieprzyjemny chłód targał firaną.
   Podpierając się laską wstała z wiklinowego fotela.
   "No, kochaniutki" - pomyślała z czułością, na jaką stać było
   ją tylko wobec zdjęć - "koniec odpoczynku".
   Mąż nieboszczyk prężył się w przedpotopowym mundurze formacji,
   której istnienie, nawet dla biurokratów, dawno rozsypało się
   w proch. Maria Łucja de domo Hieros kończyła piętnaście lat.

   Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie trzeba.