Oczekiwanie
   -----------

    "Śmierć to przejście do wieczności, która jest życiem w miłości drugiego człowieka."
    (starsza pani w odpowiedzi na ankietę)


   To, co zawsze: że sen, że początek schizofrenii. Zgody brak.
   Bo to jest tak: egoistyczny, przejmujący żal.
   Posłaniec przestępuje z nogi na nogę.
   I teraz, kiedy stoi tak przede mną, chwytam się tej myśli, że dopóki stoi, dopóki ust
   nie otworzył, mogę siłą woli jeszcze wszystko zmienić, stanowić prawo, ustanawiać prawdę.

   Gdy tracimy kogoś bliskiego, płaczemy właściwie instynktownie. Nie zdążyliśmy jeszcze odczuć
   tęsknoty, nie minął czas po którym zaczyna nam go brakować. Nie uświadamiamy sobie
   też jeszcze nieodwracalności tego wydarzenia. Ból ten nie ma podłoża intelektualnego,
   nie wynika z przemyślenia konsekwencji. 
   Święta zmarłych są manifestacjami fetyszu w pełni. Społecznie przyjęty rytuał
   pielgrzymowania do miejsc o podwyższonej zawartości wapnia w glebie oczyszcza
   i zadowala imperatyw: pamiętaj. Stare, czarne słonice głaszczą zdjęcia ukazujące
   tępy, wyblakły, lewy półprofil jurnych młodziaków. Sepia wzmaga spazmy.

   Widzieliśmy to u tych, którzy byli przed nami: ręce im zwiotczały, głowa stawała się ciężka.
   Wydaje się, że scenariusz zawsze jest taki sam. Najpierw poczynają umierać starcy,
   ludzie odległego świata. Z czasem okazuje się, że nie dzieli nas już tak wiele.
   Prawdziwa starość jest podobno wtedy, gdy nie mamy pewności, którzy członkowie
   naszej najbliższej rodziny jeszcze żyją. Podobno starzy ludzie umierają cały czas.
   Gdzieś w tle towarzyszy mi całkowicie bezpodstawne, nie do końca uzmysłowione
   przekonanie, nadzieja, że starość przygotuje mnie na śmierć.
   Że nie będę skomlał.

   - Wiesz - Mówię - Czasem człowiek jest zmęczony udawaniem. I tym, że dla każdego
   jest - świadomie - trochę innym człowiekiem. Takie "wolność to móc nie kłamać" w trochę szerszym,
   mniej dosłownym znaczeniu. Chciałby się oprzeć, albo dać oprzeć innemu. A najlepiej obie te rzeczy naraz.
   A ona uśmiecha się, że wie.
   Teraz żyjemy odludnie. Nie wiem, co się stało, nie wnikam.
   Tak naprawdę, oczywiście nie chcę wiedzieć. Nie odbieram telefonów i nie słychać tu radia.
   Zobaczymy, jak po tej długiej podróży człowiek zaplącze się we własne łóżko.
   Jaka przyjdzie starość.
   - Cóż, mówisz do siebie, przeżyłem bez niej trzydzieści lat, przeżyję i następny dzień.
   I zdajesz sobie sprawę, że tak naprawdę przeżyłeś tylko kilka dni, tych kilka dni, podczas
   których byliście razem. A przecież najbardziej bałem się, że przeżyję pięćdziesiąt lat
   bez ciebie i nawet tego nie zauważę.
   A ona przytakuje, że było się czego bać. I mówi, że nie będziemy już wierzyć
   w przeznaczenie. Przynajmniej nie wtedy, gdy będzie nam na czymś naprawdę zależeć.

   Rozmawiam z nią zasypiając, rozmawiam dopóki się nie przebudzę.

   Ten ze szmatą na głowie to Izydor. Zazwyczaj odstawia wózki pod supermarketami
   zbierając na wieniec. Twierdzi, że na pogrzeb kolegi. Gówno prawda, bo zbiera tak
   od trzech lat, a pogrzeb mu się tylko przyśnił. Tłumaczy, że jego ubranie jest mokre,
   ponieważ spał w lesie, ale smród łatwo rozpoznać. Kiepski żebrak.
   Kiejuc. Największe życiowe osiągnięcie: podpierdalanie gościowi, który obstawiał pół Śląska.
   Teraz ma album ze zdjęciami i nie rozbiera się nawet w upalne dni. Tak chłopakom
   po głowie chodzi, czy tego albumu gdzieś nie popchnąć, bo i fajnie wygląda
   i ta żona na zdjęciach całkiem tegowna.
   Trzeci jest po prostu Trzeci, arystokrata, się chłopaki śmieją. Opowiada
   o "złudnej opiece nad metafizycznością" i poradniach. Ma jeszcze dziury
   po wydłubywaniu robali, no i te dziąsła. Prędzej czy później sprzedamy
   ostatni złoty ząb. Złote zęby.
   A u nas za zbieractwo na nieswoim terenie można od Cyganów czapę dostać.
   Ot, przewrotność losu.
   Młody ma chyba 24 lata. Zaczyna jeść dopiero po czwartym piwie. Waży tyle,
   co dobrze spasiony kurczak. Niewiele mówi. "Chyba tracę przytomność" mówi.
   I jeszcze: "O Jezu". Ale mówi tak od dwunastu godzin, więc chyba wszystko w normie.
   I tak nie mamy żadnych środków rozkurczowych, czy czego tam. Jak nam wszystkim,
   rytm dnia i nocy reguluje mu chlańsko. Pewnie zostanie już na tej swojej wyspie,
   bo każdy zasypiając chce się dobrej myśli uczepić, a on chyba nie.

   Posłaniec przestępuje z nogi na nogę.
   I teraz, kiedy stoi tak przede mną, chwytam się tej myśli.