Oddział
-------
"Nie to, jaki jest świat, jest tym, co mistyczne, lecz to, że jest"
- Wittgenstein
Wy jesteście tutaj z wyboru, zazwyczaj właśnie dlatego, że się nadajecie.
Może wy jesteście twardzi, my raczej nie.
Jak już napisałem, jesteśmy tu, w przeciwieństwie do was, z przypadku.
Dziś rano widziałem, jak załatwiliście starszą kobietę,
bezradną. Człowiek wiotczeje, a potem się kurczy.
- No, może ktoś z państwa spróbuje?
Przeniesienie na jej twarz.
- Ma pani prawo odmówić, ale zdaje sobie pani sprawę z konsekwencji...
Zawiesił głos. Tłum w kitlach zaczął podwijać rękawy. Załatwili ją.
Dźwięki muzyki, szczekanie psa, raz dwa trzy, ktoś kaszle za ścianą,
cztery pięć, echo na korytarzu, sześć siedem. Wydech.
Oczywistość. Stan oświecenia powraca zgniatając mnie do pozycji embrionalnej.
Przeleżę tak do obiadu.
W mojej nowej sali leżał człowiek.
- Jesteś Petersen - Nazwałem go.
- Czubek jesteś - Ale popatrzał przenikliwie.
- Petersen to imię dobre dla ludzi północy. Masz takie
właśnie rysy, jakie Petersen mieć powinien - Kontynuowałem.
- Właśnie. Bardzo trafne, bardzo - Przytaknął Dziadek gładząc brodę.
- Kurwa, kiedy to się skończy - Jęknął Petersen i nakrył sobie
głowę książką.
A kiedy przestał już się umartwiać, Petersen spytał.
- Dobra, to co Ci właściwie jest?
- Ktoś szarpie boga za rękaw, kiedy mi dyktuje jak istnieć.
- To znaczy? Nie jestem takim pojebem, jak ta cała zbieranina tutaj.
- Przerażenie budzi we mnie świadomość istnienia - Zabrałem się
do wypakowania swoich rzeczy.
- Istnienia... czego?
- Istnienia czegokolwiek. Nic nie powinno nigdy zaistnieć.
Tak wygląda to równanie - Nigdy nie wiedziałem co mam w której
reklamówce. Zacząłem się z nimi szarpać, dołączył się sweter - Nie
potrafię przejść nad tym do porządku dziennego. Coś się spierdoliło
z tą siła, która przykleja co rano moją duszę do ciała. Egzystencja
staje się znośna dopiero kiedy zmrok zaczyna spływać po stygnących
blaszanych dachach, biel krzepnie w czerń.
Tylko tyle daje się uzyskać. Uratować.
- Och, chłopie, jesteś naprawdę zdrowo jebnięty. Dobrze trafiłeś.
A więc: witamy na pokładzie. Nie wiedziałem co powiedzieć.
- W końcu mistyczność tego świata przyjdzie i ugryzie
cię w dupę - Zakończyłem sentencjonalnie.
Bawiłem się swoją ręką. Siłą woli odpychałem ją i przyciągałem
do twarzy.
- Myśl boga - Wydąłem wargi - Sen.
W 1864 roku wojska któregoś z królów, czy książąt
splądrowały i prawie kompletnie zniszczyły zabudowania pałacowe.
W 1872 dobudowano kurnik.
Na dziedzińcu stał pomnik, ponoć jeszcze z czasów, gdy
obrotny, choć upośledzony umysłowo parweniusz
próbował zbić fortunę otwierając rozlewnię tanich win.
Potem całość przekształcono na oddział dla podsądnych.
W pozostawionym na zdziczenie ogrodzie zachowały się
cedry i krzak, którzy pacjenci nazywali pieszczotliwie oliwką.
Wiele lat później wyrósł nad nim chętnie odwiedzany stół do ping-ponga.
- Pochwalony - Wymamrotał Petersen ze swojego stołka
przymykając oczy. Po pokoju rozszedł się zapach róż.
Stał w drzwiach.
Posadziliśmy go na krześle, daliśmy szklankę wody.
- Eryk, ten chłopiec...
Wyglądał źle. Miał nabrzmiałe powieki, podpuchnięte oczy.
- Ma bardzo zimne ręce - Zawahał się - Myślę, że to od ciągłego
leżenia w bezruchu - Głośno przełknął ślinę - I nie odzywa się
do mnie. Już trzeci dzień. Jest zły, wiem to. Jest zły na mnie.
Splecione palce tłumaczyły gorliwie.
- Lubimy takie młode tygrysiczki, co? - Dziadek wbił
się w angelologiczne rozważania. Dobrotliwy uśmiech
Dziadka zniewalał, mięta nasyciła powietrze.
Ksiądz prowadzący przymknął oczy, kiedy mówił pracowała
tylko górna warga. Zaczęła drżeć, a on oblizywał ją coraz częściej.
Wykonał gest, jak gdyby gładził grubymi paluchami lniane
włosy chłopca, zmierzwił je. I wtedy zobaczyłem na jego twarzy uśmiech.
To było coś.
Jest we mnie wiele pożądania. Wiem, że bez niego życie jest łatwiejsze,
ale czyż spełnienie, satysfakcja nie są tym, co chcemy tu osiągnąć
bardziej niż zaznanie spokoju?
- To, czego nie da się opisać regułami, nie istnieje. Dla nas.
- A cierpienie skłania do refleksji i zadumanego trybu życia.
- Kpisz?
- Tak.
Wypalili, popatrzeli przed siebie.
- Muszą jakieś być. Może niewyrażalne, dla nas. Dla nas tu i teraz.
- Cierpisz?
- Uhm - Splunął i przejechał językiem po zębach - To ta pieprzona
kalcytonina, pierdoli mi w głowie.
- Mhm - Dziadek pokiwał głową ze zrozumieniem.
Dziadek zjawił się w pokoju ni stąd ni zowąd.
Gdy zobaczył mnie na klęczkach, zamarł.
- Nie znajdą ich, prawda?
Jezus lekko skinął głową.
- Nie znajdą, czego? Czego nie znajdą? - Dopytywał się Dziadek padając
na kolana.
- Cząstek pośredniczących. Nie znajdą ich, bo ich nie ma.
- I co z tego?!
- Tyle z tego, że istnieć można tylko w jeden sposób, ten, który
znamy już od dawna. A teraz przepraszam, jestem zdruzgotany.
Światłość przygasła, plastik istniał jako dobrze zdefiniowana tandeta.
Lekarz prowadzący wszedł i otworzył książeczkę w losowym miejscu.
Zaintonował.
- Gdyby kiedyś skonstruowano sztuczną inteligencję,
to niewątpliwie jej najistotniejszym elementem byłby
generator szumów. Odbierałby on nieoznaczoną
wolę boga, jako i my jesteśmy.
Zamknął ją i skłonił się.
- Witam was, moje dzieci, nie lękajcie się rzeczy nie z tego świata.
- Nie z tego świata?
- Nie z tego świata.
- A co za różnica? - Nie wytrzymał Dziadek i odwrócił się od okna.
- Nie rozumiem - Lekarz prowadzący był najwyraźniej zakłopotany.
- Bo widzisz - Powiedział Dziadek nie przestając
uśmiechać się dobrotliwie - Tak się składa, że ten świat
jest nie z tego świata.
Burza.
Zgasiliśmy neon na korytarzu, na stole pojawiła się lampa
naftowa i od razu wszystkim zrobiło się raźniej.
- Gramy w kości - Zawyrokował Dziadek.
Staliśmy sami na korytarzu i gadaliśmy tak całą noc.
Daleko, za linią drzew, parskała światłami stacja benzynowa.
- Cywilizacja - Zauważył z przekąsem Dziadek i mlasnął.
- Tak - Odparłem - Tęsknię do niej.
- Nie stworzono świata dla centrów handlowych.
Takie stare wspomnienie, a może to sen był.
- Stój, może kupimy Ci buty?
- Nie, nie chcę, pochodzę w tych, to jeszcze tylko dwa tygodnie.
- Może nawet mniej. Naprawdę źle wyglądasz.
- Tak, olejmy to.
- Zresztą, i tak nie wzięłam pieniędzy.
Dziadek wyrwał mnie z opresji.
- Ucieczka to za dużo powiedziane. Nie można być przygotowanym,
ale można niczego nie oczekiwać.
Korytarz nocą. Neonowy Jezus był wszędzie.
Kiedy wróciłem do pokoju Petersen przyglądał się
swoim napuchniętym nogom
- Jezus nie pozwolił, by skóra na moich nogach pękła, pomimo tego, iż
była naprężona do granic wytrzymałości - Mówił powoli, z wysiłkiem,
patrzał na nie oczami ślepca.
- A-ha.
Dziewczynę poznałem przypadkiem, po prostu
znalazłem ją kiedyś śpiącą pod moim płaszczem.
- Widziałem ją, kiedy się tu zjawiłeś.
- To żona była.
- Mam tego, kurwa, dość. Wszystkie fajne dupy przenoszą
do samobójców - Petersen nie krył zgorszenia.
Przytuliłem wargi do jej warg.
- Kocham cię, moja aksamitna księżniczko z włosami na garnek.
- Nie są na garnek. Właśnie je obcięłam.
- Są na brzydki i zdeformowany garnek. Ale i tak go kocham.
Czasem nie chce się wierzyć, że przeszliśmy cały
ten czas razem z przypisanym mu światem, by
wylądować tu i teraz. Ale przecież każda chwila
ma swój sposób na celowość.
Dziewczyna wypluwała z siebie słowa, a ja nigdy,
przenigdy nie umiałem jej słuchać. Nie rozumiałem co do mnie mówi,
więc Dziadek starał się tłumaczyć, intonował moje myśli,
wszystko zlewało się w jeden bełkot.
- Słowa? Słowa są żałosne. Cały ten świat można zawrzeć w słowach.
Możemy patrzeć na taflę jeziora, a myśleć o przestrzeni,
która marszczy się pod wpływem energii. O równaniach, abstrakcjach.
Stojąca z boku pielęgniarka chwyciła mnie lekko za ramię, najwidoczniej
usłyszała kilka ostatnich słów, bo wcześniej nie przejawiała
żadnego zainteresowania naszą rozmową. Teraz uchwyt wzmocnił się,
starała się nawiązać kontakt wzrokowy, po czym powiedziała
z nieukrywaną pogardą:
- Czas na zastrzyk.
Łamała ampułkom główki, pękały z suchym trzaskiem,
zadzwonił telefon. Wyjęła słuchawkę z kieszeni.
- No.
Tak synuś, w lodówce.
Żałosny był. Pieprzymy się, pieprzymy, a on: kocham cię, kocham,
będziemy zawsze razem. Czubek normalnie.
Robię panu zastrzyki.
Kocham cię, synuś, nie mogę teraz rozmawiać.
No to pa, kocham cię.
Odsłoniłem pokryty siniakami brzuch.
- Musi pani bardzo kochać syna.
Obrzuciła mnie zniecierpliwionym spojrzeniem.
- Bliscy na tym świecie są jak gruby szmal we śnie.
Kręciły sie po korytarzu obłąkane dzieci, to chyba terapia była.
Mówiłem powoli, z trudem łapiąc powietrze.
- Jak myślisz, dokąd idziemy po śmierci?
- Myślę... myślę, że przychodzimy tutaj.
- A nienarodzone dzieci?
- Cóż. Powtarzalność gwarantuje nam równowagę, równość
do której zdaje się dążyć ten obłędny konstrukt.
Doświadczanie tego świata przez świadomość naszego
rodzaju... Co cię tak bawi?
- Ciężko zachować powagę, kiedy karły zaczynają demonstrować długość jelit.
- Któregoś dnia zadzwonił ojciec, powiedział, żebym przyszedł.
Usłyszałem tylko "nie trafię do Valhalli". To jedno krótkie
zdanie mówiło mi wszystko. O jego rezygnacji, jaki jest słaby,
że nie da rady. Nie da rady umrzeć.
Byłem wtedy korespondentem wojennym. Zabrałem go
ze sobą. W krytycznym momencie wybiegł pod ostrzał z jakąś
szablą po pradziadku, krzyczał, zanim jeszcze go trafili.
Trzeba było to widzieć, on chyba nawet śpiewał, w uniesieniu.
Łzy stanęły mi w oczach.
- Pieprzysz - skwitował Petersen.
Zagotowało się we mnie.
- Zarzucasz mi kłamstwo, psi frędzlu?!
- Hej, hej, hej, panowie... - Dziadek jak zwykle zjawił się
na czas. Stanął pomiędzy nami.
- Czubek - rzucił Petersen ni to do mnie, ni do Dziadka. I wyszedł.
Postaliśmy chwilę w milczeniu.
- Opowiadałeś mu o ojcu?
Przytaknąłem.
- To gnojek jest, nie opowiadaj mu o niczym.
Podobno któregoś dnia przyszedł ojciec, cały w łachmanach.
Postał, popatrzał i poszedł. Byliśmy tak zajęci rozmową,
że nawet go nie zauważyliśmy.
Gdzieś pomiędzy piątkiem a sobotą Petersen uznał,
że nie wystarcza mu gra w kości. Z każdym kolejnym
dniem coraz bardziej oddalał się od ustalonych reguł,
podbierał mi papier, bazgrał po rozrzuconych
wokół siebie kartkach. Otaczał się papierem bardzo
pieczołowicie, potem zaczął ugniatać go w dziwaczne konstrukcje.
- Jaki sens ma ten ruch?
Petersen popatrzał na Dziadka niewidzącym wzrokiem.
- Sens?... Wiem wszystko o tej grze, nie potrzebuję mnożyć bytów.
Petersen był bardzo podekscytowany.
- Jest jeszcze nadzieja, słyszałem jak jeden z nich mówił,
że nie wiedzą co się z nami dzieje. Oni zdają sobie
sprawę z tego, że jesteśmy uznani za obłąkanych, uznani,
rozumiesz? Uznani. Sam słyszałem - "Kurwa, nie możemy ich tak po
prostu zabić, nie wiemy co się z nimi dzieje".
- Myślę, że nie mogą nas zabić z o wiele bardziej prozaicznego powodu.
- Nie rozumiem...
- A ja już dawno zrozumiałem, że bóg może łapać kule. Potem pojąłem,
dlaczego tego nie robi. Teraz mam już tylko żal.
- Nie, nie mów mi o takich rzeczach, wiesz, że źle to znoszę.
Stojący do tej pory z boku Dziadek założył ręce do tyłu.
- Dlaczego tu jesteś? - Zagaił - Pamiętaj, ja jestem
prosty człowiek.
Sakramentalne pytanie.
- Moja psychika różni się od wzorca.
- To mają jakiś wzorzec? - Zdziwił się kąśliwie - Nie wiedziałem.
- Źle to ująłem. Odchylenie od normy, jest za duże.
- Męczyłeś zwierzaki w dzieciństwie, moczyłeś się?...
- Ograniczony jesteś.
- Tak, jestem ograniczony - zamyślił się - nie potrafię sobie wyobrazić
niczego prócz świadomości.
- Nieznośna uporczywość istnienia, co?
- Wszystko jest wszystkim - Mamrotał Petersen. Leżał tak na ziemi
już chyba ponad godzinę, w każdym razie zdążyliśmy wypalić pół paczki.
- ...niczego prócz świadomości - Dziadek w zamyśleniu puszczał kółka.
Uważał, żeby nie strzepywać popiołu na cierpiącego.
- Patrzcie państwo, pan P. bardzo boi się podziemnego świata,
nieprzewidywalnego jak wiersze.
- Ten moment, w którym przypomina się stary sen! - Wykrzyczał w spazmach Petersen.
Daliśmy mu spokój.
- Piszesz coś?
- Pisuję.
Zerknął.
- To poważne...
A!
Mhmm...
"Wy jesteście tutaj z wyboru" - Wychrypiał Dziadek - ale wiesz, to już było.
To już było.
Byłem załamany. Byłem wstrząśnięty. Nie mogłem wydobyć z siebie ani słowa.
- Ale jak? Ale jak to? Na pomysł wpadłem sam, tygodniami, miesiącami
kształtowały się w mojej głowie postacie, sceny, łączyłem wątki, miałem wciąż
nowe pomysły! Jak?!...
- Wiesz, ty chyba naprawdę jesteś jednak zdrowo walnięty - Zachichotał Dziadek.
Dziadka poznałem dość wcześnie. Pamiętam, że wysiedliśmy
kilka przystanków przed centrum. Miałem może dziewięć,
dziesięć lat. Boczna uliczka placu prowadziła do jeszcze cichszej,
na której, prawie zaraz na rogu, znajdowała się apteka.
Trzeba było zejść po kilku małych schodkach.
Stał przed apteką staruszek w bardzo zniszczonym garniturze,
miał co najmniej sto dwadzieścia lat. Trzymał zdarte skrzypki.
Ręce mu się bardzo trzęsły, generował na nich straszne dźwięki.
Może był głuchy, a może okrutniej: nie był.
Obsługa apteki jakoś go nie przepędzała.
Teraz pewnie by to zrobiła.
- Ale kiedy ja nie mogę zasnąć - powiedziała Dziewczyna.
Neonowy Jezus uśmiechał się tajemniczo.
- Urocze, po prostu urocze - Wychrypiał Dziadek - A może nie możesz
również urosnąć? Nie możesz, czy nie umiesz? Bo nie dosłyszałem.
- Muszę wpaść w samozachwyt, by móc zasnąć - Dziewczyna
była całkowicie poważna - Zazwyczaj umieram w chwale,
wszyscy, na których mi zależy mają żal i przepełnia
ich tęsknota za mną. Czuję, jak żałują. Muszę umrzeć
tak czasem setki razy, żeby zasnąć.
Może powinna ich przepełniać miłość do wszechświata?
Widzę postać w lustrze. Jest niezależna.
Na razie wiernie kopiuje moje ruchy, ale mam
świadomość, że może w każdej chwili przestać.
Świadomość jest najgorsza. Teraz przychodzi strach.
Fala ciepła, podmuch. Unikam jej wzroku. Teraz
przychodzi świadomość, jak daleko posunęła się
choroba. Nie znam jej nazwy. Teraz towarzyszą mi
we trójkę: postać, strach i okrutne, precyzyjne
przeświadczenie o zmianach w mojej psychice.
W ciągu ostatnich kilku tygodni Dziadek ani Dziewczyna nie pojawili się ani razu.
Zaangażowałem się.
Za chwilę komisja.
Koniec? Nerwy. Tylko jeden na raz. Lekarze w maskach.
Oddalam się na chwilę, ten jeszcze jeden raz.
Nie chciałbym stracić przytomności,
gdy przeglądam jej zdjęcia, ukradkiem.
Znajdą i odbiorą.
Wszedłem do sali.
- Pokaż twarz, draniu!
Ciała nie rodzą się dla czekających w kolejce dusz.
- Wszystko jest wszystkim - Mamrotałem.
Wszystko jest już stworzone.
- By można było mówić o wyborze, muszą istnieć a priori
drogi, którymi można podążać.
Zbyt pachnie to dla mnie determinizmem, ten cały wybór.
Nigdy nie udowodnimy, że mieliśmy jakikolwiek.
Ale jeżeli zesłano nas tutaj, byśmy dokonywali
żywotów wśród praw wielkich liczb...
- Potencjalność nie jest domeną istnienia. Istnieje wszystko,
co może zaistnieć. Tak to widzimy - Pomruk potwierdzenia
przetoczył się przez siedzących ławą lekarzy - Na dodatek
pojęcia istnienia nie można rozpatrywać od wewnątrz,
ani nie istnieje ono, ani też istnieje; błędne
koło ontologii, to jak gryźć własną dupę, bo nie istnieje
żadna nadteoria. Żadna nadteoria. Nie istnieje - Skrzywił się
hamując jeszcze przez moment, po czym parsknął śmiechem.
Ryczeli, trzęśli brzuchami.
Wszedłem do sali.
Przed komisją stanął jak go bóg stworzył, w czarnych jeansach.
Widzieli, że jest sam.
- Proszę usiąść.
Takie banalne, samotne krzesełko bez ostrych krawędzi.
- Komisja zapoznała się z pańską sprawą. Właściwie
nie widzimy powodu dla którego miałby pan przebywać
tu dłużej, widzimy postępy.
Umoczenie ust w szklance wody.
- Jednakże, decydujemy się pozostawić pana jeszcze na okres kilku dni.
- To niemożliwe, ja mam już wyznaczony termin spotkania - Poczuł,
jak ręka zaciśnięta w kieszeni na zdjęciu oddaje pot.
- Proszę pana, to my mówimy co jest możliwe, a co nie. Proszę
do tego nie podchodzić emocjonalnie, to niezbędne. To tylko kilka dni.
- Pani mnie nie rozumie. Ja muszę się z nią zobaczyć. To moja
jedyna szansa. Ostatnia.
Wstał.
- I mam wrażenie, nie, jestem przekonany, że będzie na mnie
tym razem czekać.
Zrobił kilka kroków.
- Proszę pana - Uśmiech był biały - Proszę usiąść - Popatrzała
wymownie na pozostałych członków komisji. Komisja wymieniła
spojrzenia - Widzimy, że myliliśmy się. Pan zostaje.
Zdjęcie.
Od kiedy pamiętam, mój czarnobiały zmysł dotyku
dobrze oddawał jedynie horyzont.
- Nie! - Zakrzyknął Dziadek - Nie możecie mu tego zrobić!
Dziewczyna rzuciła się, by wydrapać im oczy.
Neonowy Jezus uśmiechał się dobrotliwie.