Port
   ----


   Powoli.
   Powoli zaczynam trzeźwieć. Jak doskonale wiesz, nie jest
   to przyjemne uczucie. Mam już długie włosy i paznokcie,
   skóra wokół oczu robi się coraz starsza,
   powieki drżą, sprawiają wrażenie, że dzieje się coś
   niezwykłego. Człowiek zawsze z zaaferowaniem śledzi
   obraz.

   Sto trzynaście miliardów na sekundę. Drżenie.
   Tylko czekać, aż się przepali. Moje ciało.
   Próbowałem już klasyków, mistrzów flamandzkich,
   i Miquela Cervantesa. Sygnał jest zbyt silny, przesterowany,
   pali.

   Kobiety z wadami wymowy, o wąskich twarzach i nosach,
   siedzą przy barze. Z kąta uśmiecha się głupio Amadeo.
   Czasem przychodzą chłopcy z ulicy Węglowej. Niczego nie zamawiają,
   czekając aż Madame namaści odwłok i sprowadzi tancerki;
   bedą szły panoramą lustra.
   
   Teraz uśmiecha się w nim ktoś banalnie obcy,
   natrętnie zwracając uwagę samotników.
   Szkielet architektoniczny lokalu
   żywcem wyjęty z okien kamienicy.

   Bóg mi wynagrodzi, że nie mieszam alkoholi.
   Cukier w starym Bordeaux - Amerykanin w Paryżu.

   Święta Dziwka ukołysze do snu po raz trzeci.
   Trzeszczę z radości.