Trzy gracje
   -----------


   Wiktor jest dobrym ojcem. Pamięta czasy, gdy nauczyciel w szkole karał garbiących się trzcinką.
   Wiktor jest postawnym mężczyzną w sile wieku, nie ma odstających łopatek. Ulubione słowo: behawioralny.
   Bardzo przywiązuje wagę do prawidłowego rozwoju swojej prawie trzyletniej córki. W końcu jest lekarzem.
   Mała prostuje się, gdy widzi trzcinkę. Czasem - jak Wiktor opowiada z dumą - prostuje się nawet jej
   nie widząc. Gdy pijemy wódkę, nie mówimy o jego dwadzieścia lat młodszej żonie.
   Czasem mój wzrok zatrzymuje się w pijackim otępieniu na pianinie i obaj wiemy, że myślę wtedy o jej pierwszym
   roku w konserwatorium. Wiktor tylko uśmiecha się i mówi, że jeśli chodzi o żony, to sprawdzają się stare,
   ale pracowite Turczynki po pięć tysięcy marek.

   Swoją drugą żonę Fatih kupił za pięć tysięcy marek. Była stara, ale pracowita.
   Pierwsza, przywieziona z Europy nie mogła wychodzić w pole, bo ludzie zbiegali się i były nici z pracy.
   Fatih nie kryje, jak bardzo irytują go niektóre nasze zwyczaje, czy też ten cały seks w każdą rocznicę.
   Cieszy się, że mnie w końcu poznał, z namaszczeniem wymawia słowo: "kuzyn". Przyznaje, że jest
   spokojniejsza, a odkąd przyjechałem nie wydzwania tak często do rodziny. Przyznaje też,
   że jedynym znanym mu prawdziwym źródłem motywacji jest swędzenie: dupy albo pięści.
   Kobiety stosunkowo rzadko swędzi pięść. Patrzy mi prosto w oczy i mówi, że jestem przyjacielem.
   Zapewne dlatego wiem, że chce rzucić ojcowiznę, uciec do wielkiego miasta na zachodzie,
   może kupić kamienicę, zamieszkać z całą rodziną.

   Kamienica. Włoski model rodziny. 
   Kobiety kłócą się przygotowując jedzenie, mężczyźni kłócą się pijąc wódkę.
   Po krótkiej obserwacji dochodzi się do wniosku, że nie kłócą się, lecz krzyczą do siebie.
   Poza tym, są jak Włosi z filmów de Sici. U szczytu stołu, na krześle z wysokim oparciem
   siedzi olbrzym o posiwiałych skroniach. Opowiada, że miasto było małe, a jej ojciec próbował
   potem wszystkiego. Kończy gestykulować, popija wodą i pyta, czy spotykam się z jego małą kobietką.
   Odpowiadam, że tak, i właściwie nie ma w tym kłamstwa. Przełykam makaron i już widzę
   swój poczerniały, zwisający bezwładnie język w jakimś dobrze wyeksponowanym miejscu.
   Żona głowy rodu spuszcza wzrok, unosi brwi, półmisek i pyta czy mam ochotę na jeszcze.

   Odkąd wędrowny iluzjonista wynalazł bukiet kwiatów, śni mi się, że nie mamy sobie już nic do powiedzenia.
   Mężczyznę, który mnie ściska i zaraz ucałuje w oba policzki, widzę pierwszy raz w życiu.
   Jest maj i żenię się.